Bowie

Od dwóch tygodni nie wiedziałam, co tutaj napisać. Przepadły Złote Globy, piękna suknia Valentino na zjawiskowej tej nocy Kirsten Dunst nie miała szans. Bo jak pisać o sukienkach, kiedy w myślach jedno: David Bowie.

Jak pisać o nim i czy na pewno w kontekście płaszcza McQueena i kreacji Yamamoto? Wrzucać sesję Ellen von Unwerth z Kate Moss? Wymieniać wszystkie wizerunki, tworzyć chronologię postaci? Bo przecież można. Bo Bowie rozumiał, wykorzystywał i tworzył modę. I kochał modę. Oraz supermodelkę!

Ale jednak nie tym razem. Zamiast obrazków, słowa. Zapraszam do lektury mojej rozmowy z Paulem Trynką, brytyjskim dziennikarzem, który wielokrotnie rozmawiał z Bowiem, a wreszcie napisał o nim książkę. Rozmawialiśmy po 10 stycznia, już jakby w innym świecie:

Bowie i jego twórczość towarzyszyły ci od lat. Wiedziałeś o nim więcej niż jego fani. Czy ta poniedziałkowa wiadomość, gdy o poranku dowiedziałeś się, że David Bowie nie żyje, była dla ciebie zaskoczeniem?

To zdumiewające, ale nie, nie byłem zszokowany. Telefon zaczął dzwonić o wpół do siódmej rano. Dowiedziałem się od żony, że Bowie nie żyje. Słyszałem, że jest chory, miałem nadzieję, że to tylko plotki, ale kiedy dowiedziałem się o jego śmierci, w przedziwny sposób wiedziałem, że to nie jest plotka, że to się naprawdę stało. Bo nagle wszystko ułożyło się w całość.

Dla mnie częścią elementu zaskoczenia był moment, w którym to się zdarzyło. Jasne, nie znasz dnia ani godziny, ale zarazem w tych ostatnich tygodniach Bowie wydawał się tak aktywny, tak obecny. Single, teledyski, wreszcie nowa płyta, musical w Nowym Jorku… I nagle, w tym wszystkim, po weekendzie wypełnionym muzyką ze świeżo wydanej „Blackstar”, taka wiadomość, Bowie po osiemnastu miesiącach walki z rakiem umiera.

Tak, to wszystko musiało wydawać się dziwne. Byłem w Nowym Jorku na musicalu „Lazarus”, jeszcze na pokazach przedpremierowych, Bowie pojawiał się w teatrze, chociaż nieczęsto. Nie odczuwało się jednak jego nieobecności, snuł bowiem plany na przyszłość, mówił o kolejnych przedstawieniach. W grudniu mój kolega zrobił mu zdjęcia na premierze „Lazarus”, dziś – jak wiemy – to ostatnie zdjęcia Bowiego, ostatni raz był wtedy widziany publicznie.

Pierwsza godzina po wiadomości o jego śmierci, to był wielki szok. Ale później już myślałem tylko o tym, jak on wspaniale to wszystko ułożył, wyreżyserował do samego końca. Ze swojej śmierci zrobił sztukę.

Sztukę rozumianą nie tylko jako muzyka, z którą nas zostawił, czy musial, który zdążył wystawić. To też sztuka pięknego życia i pięknego, godnego odejścia.

Jest coś bardzo szlachetnego w tym, jak on to wszystko wymyślił. Jest to wzór, którego wszyscy szukamy, ta godność właśnie. Gdy los rzuca ci wyzwanie, trzeba sobie po prostu z tym radzić, bez narzekania. Co więcej, trzeba z tego coś dla siebie wziąć. To nie jest pierwszy raz, kiedy z jego życia zrodziła się sztuka. Ale tym razem to coś na zupełnie innym poziomie, co będziemy w nadchodzących miesiącach odkrywać. Bowie był mistrzem i kreacji, i marketingu, był w tym geniuszem. No i proszę, potrafił ograć nawet to najważniejsze ze zdarzeń w życiu. To coś wspaniałego, z czego jeszcze do końca nie zdajemy sobie sprawy, wszyscy jesteśmy w szoku. Ale za rok będziemy już o nim mówić jak o największej gwieździe rocka, najwybitniejszym soliście. Bo nikogo takiego jak on nie było, był zupełnie wyjątkowy. A jeśli chodzi o ostatni akt jego twórczości, nikt wcześniej czegoś takiego nie zrobił.

Byłam na ostatnim koncercie Bowiego, w czerwcu 2004 roku. Po nim źle się poczuł, jak wiemy, miał atak serca. Usłyszał wtedy od lekarzy, że musi definitywnie pożegnać się ze sceną, z koncertami. Jak zareagował na te zalecenia?

Zawsze zachowywał się jak młodzieniaszek. A wtedy zdał sobie sprawę, że tak, on też może umrzeć. Ale to nie pierwszy raz, kiedy naszły go takie myśli. Mieliśmy z nim wywiad, w specjalnym wydaniu „MOJO”, którego był gościnnym redaktorem naczelnym, promował wtedy album „Reality” i dużo mówił o śmierci, o tym, że bardzo chciałby zobaczyć, jak dorasta jego córka. Wydaje mi się, że powiedział to mojej dziewczynie, że obawiał się jednego, że nie dożyje dojrzewania Lexi. Kiedy więc usłyszał od lekarzy, że koniec z koncertami, myślę że potraktował to jako okazję, by spędzać więcej czasu z córką. Lexi ma teraz piętnaście lat, tyle co mój syn. Bowie nie zobaczy, jak zmienia się w kobietę, nie będzie świadkiem jej macierzyństwa. Wydaje się dziś, że ostatnim wcieleniem Bowiego był „David Jones – tata”. I potwornie mi przykro, że nie zagrał tej roli do końca, w pełni.

Czy ten temat, śmiertelności był mu w sztuce i w życiu bliski? Czuł oddech ostateczności, przed którą nie ma ucieczki?

Myślę, że ten temat pojawił się, kiedy ponownie został ojcem. Wcześniej nie myślał o tym za często. Oczywiście ma syna, Duncana, ale był wtedy dużo młodszy, to było coś innego. Lekarze przestrzegali go wielokrotnie, że musi rzucić palenie, często próbował. Pamiętam jego wywiad, rozmowę z Jarvisem Cockerem z 1997 roku, kiedy nie chce rozmawiać o muzyce i swoich płytach, tylko o markach papierosów które palił, o ich opakowaniach. Rzucał wtedy palenie i o niczym innym nie myślał.

Nie był tu inny od nas, odrzucał myśl, że może być słaby, że jest śmiertelny. Dopiero ten atak serca w okrutny sposób mu to uświadomił.

Bowie nie tylko zszedł wtedy ze sceny, wycofał się też z działalności fonograficznej, przestał wydawać płyty. Co takiego się stało, że w 2013 roku ukazał się jego nowy album, „The Next Day”?

W ostatnich latach panowało w środowisku przekonanie, że Bowie coś tam sobie niezobowiązująco nagrywa. Producent Tony Visconti zresztą sam powiedział: tu powstała jedna piosenka, tam druga, bez żadnego ciśnienia. Bowie nie umiałby wyłączyć tej kreatywnej części swojego mózgu. Ale co było zaskoczeniem, to jego decyzja, by te piosenki złożyć w całość i bez słowa zapowiedzi wydać nowy album. Nie było w tym żadnej promocji, marketingowych działań. Myślę, że w ostatnich latach bardzo sobie cenił fakt, że jest tak niedostępny, tak wycofany. I gdy dotarło do niego, że może tworzyć i w tym wycofaniu pozostać, powstał album „The Next Day”.

Wiem, że Bowie bardzo nie cenił swoich „Phil Collins years”, jak mówił o płytach, które nagrał po wielkim sukcesie „Let’s Dance”. A czy jest w jego przebogatej dyskografii płyta, z której był szczególnie dumny?

Bardzo wyraźnie widać to w musicalu „Lazarus”, ale i przez całą karierę dało się odczuć, jak wysoko cenił swój okres berliński. To były płyty, które zszokowały ludzi. I zredefiniowały muzykę. Te albumy polegały mocno na brzmieniu syntezatorów. Ale pod nimi brzmiała znakomita, bardzo żywa, bardzo funkowa sekcja rytmiczna. To było coś zupełnie nowego. Nikt wcześniej nie łączył tych gatunków. Więc po pierwsze było to nowe, a po drugie zupełnie niekomercyjne – co sprawiało, że szczególnie to sobie cenił. W przedstawieniu „Lazarus” aktorzy wspominają spacery Placem Poczdamskim, towarzyszą temu czarno – białe filmy, to był dla Bowiego wyjątkowy czas, bardzo ciepło o nim myślał. A to są ponadczasowe, wspaniałe albumy. Już zawsze będą brzmiały, świeżo, zjawiskowo. Kiedy Bowie wysłał pożegnalnego maila do Briana Eno, napisał w nim, że to, czego dokonali, nigdy się nie zestarzeje. I myślę, że miał rację. Ludzie zawsze będą wracać do tych płyt.

Ile musi być artysty w człowieku, by wytrzymać na planie teledysku takiego jak „Lazarus”? Walczący z rakiem Bowie pokazuje w nim siebie, słabego, przykutego do szpitalnego łóżka, wreszcie – umierającego. To musiała być tortura, przejście przez taki scenariusz. A zarazem – wszystko w imię sztuki.

Myślę, że tak jak w przypadku wielu projektów Bowiego, był w tym element zaplanowany i czynnik spontaniczny, ten teledysk powstał zresztą bardzo szybko, bardzo sprawnie. Tony Visconti powiedział ostatnio – David myślał, że ma więcej czasu. Ale z drugiej strony pracował tak sprawnie nad tym teledyskiem, bo bał się, że później straci wszystkie włosy – efekt chemioterapii. Wiedział, że tym razem dotyczą go pewne ograniczenia, zdecydował się nie działać przeciwko nim. Dlatego to tak uderzający teledysk.

 

 

I nie, nie wydaje mi się, by był w nim żal, by się nad sobą użalał. On miał show – business we krwi, był starym wygą. To było zadanie jak każde inne, do wykonania. Był artystą, oczywiście, ale i ojcem, człowiekiem. Był też – po prostu – profesjonalistą. Bo był. Nigdy nie odwołał koncertu, można było na nim polegać. Nawet w pierwszym zespole, w którym śpiewał, dość kiepsko zresztą, trzymali się go, bo był punktualny i porządny. Stąd nie dziwi profesjonalizm na planie tego teledysku – show must go on…

W mediach już po śmierci Bowiego pojawiła się informacja o pożegnalnej wizycie w Anglii, przyjechał z rodziną, pokazać jej, ale i pożegnać Londyn. To właściwie wstęp do mojego pytania o ostatnie lata, spędzone w Nowym Jorku. Jak przeżył tę przeprowadzkę? Dla niego, bo jego strach przed lataniem był legendarny, Anglia została nagle bardzo daleko…

Po pierwsze, nie wierzę w te opowieści o pożegnalnej wizycie w Anglii. Media mają pewnie na myśli jego przyjazd w związku z wystawą „David Bowie Is” w Victoria and Albert Museum w Londynie. Przyjechał zobaczyć wystawę mu poświęconą i myślę, że było to zanim dowiedział się, jak bardzo jest chory. A jeśli chodzi o jego strach przed lataniem, odczuwał go fazami. Zdaje się, że lęk wrócił po zamachach z jedenastego września. Trochę kwestionuję ten strach, bo z tej obawy Bowie zrobił świetną medialną historię. Było coś bardzo wytwornego w tym, że podróżował do Ameryki statkiem, jak wielka hollywoodzka gwiazda. Uważam, że było w tym sporo kreacji i kiedy był na pokładzie samolotu ze swoją córką, był gotów udawać że wszystko jest w najlepszym porządku. A wizyta w Londynie nie miała być ostatnią, nie spacerował po mieście, żegnając się z nim. Chciał po prostu pokazać córce, gdzie się urodził. To była radosna wyprawa, nie myślał wtedy o śmierci, bardziej o tym, co może przynieść nam życie.

A jak było z przeprowadzką do Nowego Jorku?

Było mu przykro, bo kochał Londyn. Ale Iman chciała mieszkać w Nowym Jorku. Bowie miał świadomość, że ich związek byłby pożywką dla paparazzich i dziennikarzy w Londynie. Trudno tu o święty spokój. W Nowym Jorku jest to łatwiejsze, wszystko dzieje się tam dużo szybciej, jest bardziej intensywne. Każdy w tym pędzie zajmuje się sobą, łatwiej o anonimowość. W tym sensie ta przeprowadzka miała sens. A poza tym, kochał swoją żonę, skoro chciała mieszkać w Nowym Jorku – w porządku. Wiem, że myślał czasem o powrocie do Londynu. Ale widać nie tak miało być.

Co takiego – obok urody, oczywiście – miała w sobie Iman, że to w niej Bowie znalazł miłość swojego życia, oddany jej wiernie do końca, przez ponad dwadzieścia szczęśliwych lat?

Tutaj będziemy nieco spekulować. Ale wiem na pewno, że Bowie lubił interesujących, egzotycznych ludzi. I nie chodzi tylko o pochodzenie, chodzi po prostu o człowieka, jego życiorys. A Iman miała niesamowite życie. Pochodzi z Somalii, to inny kontynent, inna kultura, która zawsze była jej bardzo bliska. Byli rzeczywiście światową parą. Bowie był obywatelem świata, urodzonym w Londynie. Ale należał do świata, wszechświata, układu słonecznego. Iman też przebyła długą drogę. To musiało go pociągać. Jest też bardzo inteligentna i bardzo elegancka, co nie było bez znaczenia. Jest nie tylko piękna, ma też klasę. Połączyło ich poczucie humoru, świetnie się razem bawili. Nie zapominajmy o tym, mówiąc o jego życiu prywatnym, Bowie miał znakomite poczucie humoru.

Jeśli już spekulujemy. Mówi się o pięciu utworach, które powstały już po nagraniu „Blackstar”, w tym najgorszym, najmroczniejszym czasie. Czy coś o nich wiadomo, jakie one są?

Nie wiem, słyszałem za to co powstawało na sesjach do „Blackstar” to bardzo intensywne rzeczy. To mroczne, pogmatwane utwory, niekoniecznie przebojowe. Ale taki to był czas w jego życiu, ciężki, trudny, pełen myśli, stąd w tych piosenkach mnóstwo poupychanych słów, emocji. Bardzo chciałbym usłyszeć więcej. Bo jest więcej. Bowie zostawił mnóstwo niewykorzystanego materiału. Mam nadzieję, że będzie nam dane go usłyszeć.

Mówiliśmy już o związku z Iman, a na czym polegała relacja Bowiego z Tonym Viscontim? Wrócili do siebie po ponad dwudziestu latach i to z nim powstały jego ostatnie płyty.

Całkiem dobrze go znam, wielokrotnie się spotykaliśmy, zrobiłem z nim kilka wywiadów. Z Viscontim sprawa jest prosta – to wielki producent. Jest znakomitym muzykiem, świetnym basistą. Ostatni wywiad robiłem z nim do „MOJO”, opowiadał o płycie „Scary Monsters”, a była to ostatnia płyta nad którą wspólnie pracowali, by powrócić do siebie ponad dwadzieścia lat później, przy płycie „Heathen”. Najważniejszą cechą Viscontiego – producenta była jego umiejętność podejmowania decyzji. Robił to szybko i sprawnie, a myśl natychmiast przemieniał w czyn. Każdy, kto widział ich przy pracy podkreślał, jak szybko, w jakiej synchronizacji ze sobą pracowali. To bardzo wyjątkowy producent. Byli przyjaciółmi, ale ważniejsze było to, że to był po prostu świetny współpracownik. Świetnie się przez te wszystkie lata poznali, to była w pewnym sensie ich wspólna podróż. Visconti potrafił utrzymać wszystkich w stanie artystycznej ekscytacji, a to świetne warunki do pracy. Kiedy wchodzisz do studia i masz pomysł, chcesz móc go natychmiast zrealizować. Z Viscontim było to możliwe. Być może był jedyną osobą, która mogła tak współpracować z Bowiem. To cudowne, że tak im się ta podróż potoczyła, do samego końca. Gdyby jednak podejść do tego na chłodno – David wybrał go, bo był tak sprawny, tak szybki.

Jaka jest twoja ulubiona piosenka Bowiego?

Wybiorę dziwną. Lubię oczywiście „Heroes”, jego pierwszą świetną kompozycją jest „Let Me Sleep Beside You”, ale ja wybiorę coś mniej oczywistego. „A New Career in a New Town”. To utwór, o którym można powiedzieć „prawie instrumentalny”. Bowie nagrał go w Paryżu. Sesje na płytę „Low” zaczęły się właśnie tam, płytę kończył w Berlinie. To piosenka o zaczynaniu wszystkiego od nowa. Jak mówi tytuł, nowa kariera w nowym mieście. To był czas, kiedy przeprowadzka do Berlina nie była jeszcze oficjalna. Znalazł już mieszkanie, miał w nim mieszkać z Iggym, ale to jeszcze się nie zdarzyło. Wszystko wtedy było nowe, jak słychać w tym utworze. Często przypominam sobie tę piosenkę, kiedy myślę o jakimś ryzyku, o zrobieniu czegoś nowego. Tam nie słychać głosu Bowiego, ale nie potrzeba, czuć jego obecność. To wspaniała piosenka.

 

 

6 thoughts on “Bowie

  • 24/01/2016 at 01:23
    Permalink

    Piękna była dzisiejsza audycja o Bowiem. Minęły prawie dwa tygodnie od jego śmierci, a i tak wydaje się to być nieprawdziwe. Jeszcze przy noworocznych życzeniach pisałam do znajomych, że to na pewno będzie świetny rok, w końcu już 8 stycznia dostaniemy nowy album Bowiego. Idealny początek, a potem ta poniedziałkowa wiadomość…
    Dziękuję za tę audycję.

    Reply
  • 24/01/2016 at 17:52
    Permalink

    Pani Aniu,
    Piękna była ta wczorajsza audycja w „Liście osobistej” – zastygłam na te 3 cudowne godziny. Dziękuję.
    Nie umiem pomyśleć o Bowiem „był” – dla mnie David Bowie is… ( znakomita wystawa zresztą ).
    Już mam w pamięci jednego artystę, o którym zawsze przy rocznicy jego odejścia myślę od lat : ” To niemożliwe, że go nie ma…” I organicznie wręcz czuję, jak bardzo w świece muzyki brakuje jego nowych pomysłów….
    Tak samo ja będę miała z Dawidem….

    Reply
  • 24/01/2016 at 20:36
    Permalink

    Moja pierwsza prawdziwa muzyczna Miłość, ale na całe życie! Tylko plakat Bowiego miałam na ścianie… i tak bardzo marzyłam, żeby zobaczyć go na żywo! Miałam moją Trójkę, którą chciałam zobaczyć,… Iggy, Lou i David. Udało się tylko pierwszego. Strasznie smutno. A ” a new career in a new town” to jedna z moich ulubionych.

    Reply
  • 29/01/2016 at 23:18
    Permalink

    Aniu,
    Jakbym usłyszała cytat z siebie z komentarza powyżej słysząc Twoją zapowiedź występu Marka Napiórkowskiego w OffesywieDeLux – David Bowie is – po prostu jest….

    Reply
  • 30/01/2016 at 23:44
    Permalink

    Bowie był niekwestionowaną muzyczną Gwiazdą, ale właśnie w tym miejscu wypada także powiedzieć, że był ikoną mody. Świetnie ” nosił się” na scenie i poza nią. Żaden facet nie wyglądał tak genialnie w kapeluszu, jak On i żaden facet nie nosi szaliczka w tak nonszalancki sposób. No i to ważne/ nieważne – był szalenie przystojnym mężczyzną.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *