„You call him Oscar?”

Zaczynam od cytatu z „Sex and the City”, bo chociaż bez trudu potrafię odnaleźć w sobie wewnętrzną Carrie Bradshaw, to jednak omdlenie na widok kreacji Oscara de la Renty to było dla mnie too much. Każdy, kto oglądał serial, pamięta pewnie tę scenę – dla niej poezją jest lektura „Vogue”, on rozbawiony postanawia sprezentować jej rzeczoną poezję, różową suknię de la Renty, przyjaciela, stąd to „You call him Oscar?”.

„That’s his name, right?”

Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek to imię przywoływało dobre skojarzenia – poza jednym, de la Renta był pierwszą słynną osobą („Jest ich tam na pęczki”), jaką zobaczyłam, gdy po raz pierwszy przyleciałam do Nowego Jorku. W latach młodzieńczej głupoty kolekcje de la Renty były tymi – obok Marchesy i Zaca Posena – z których łatwo było się naśmiewać podczas każdego z nowojorskich tygodni mody. Wielkie suknie na bale w muzeach i operach. Garsonki dla wszystkich „ladies who lunch”. Kolory, tiule, koronki, jedwabie, tafty, satyny, wielkie koki, teatralne makijaże, biżuteria, wszystko. Zatrzymane w przeszłości, przyciężkie, stare. Później zaczęłam myśleć o tym inaczej – jest na to rynek, w sumie co mi do tego. Ktoś musi te wszystkie bogate kobiety ubierać, a trudno oczekiwać, by nagle wyskoczyły ze swoich żakiecików Chanel i przebrały się w poszarpane kreacje Rodarte. A niedawno odkryłam, że jest w tej modzie jakiś sentyment, znak czasów, które mijają. Była to moda ‚niemodna’, ale nigdy nie wulgarna, nigdy nieelegancka, nawet jeśli to dyskusyjna definicja elegancji. W końcu odnalazłam w tych projektach jakąś przyjemność. Patrzenia na rzeczy, których nigdy nawet nie przymierzę, są tak bardzo nie moje. Zaczęłam myśleć o tych wszystkich kobietach, dla których suknie, w których nie można wysiąść z samochodu są codziennością. O świecie, którego nie znam. Kim więc jestem, by go oceniać?

Patrzę na siebie w lustrze, gdy piszę te słowa. Błękitna koszula, lekko wytarte jeansy, buty z ćwiekami, grama makijażu, burza włosów, prosty pierścionek. Wyglądam jak ktoś, kto w Hamptons wyszedł wyrzucić śmieci – przy założeniu, że w weekendowej oazie luksusu Nowojorczyków znalazł się przypadkiem. Nie jestem elegancka, nie jestem staranna. I w porządku, nie mam ambicji być kimś takim, to nie byłabym ja. Ale jest we mnie szacunek dla pewnego wysiłku poskładania tego wszystkiego – swojego wizerunku – w staranną całość. Bo w tym bez dwóch zdań widać wysiłek. I pieniądze, które królowe amerykańskiej socjety na te kreacje wydają.

A dlaczego o tym? Sami zobaczcie:

Tak wygląda najnowsza kampania Oscara de la Renty. Te zdjęcia są przepiękne. Pozuje Carolyn Murphy, modelka ze znakomitym dorobkiem, czterdziestolatka z Florydy, ze słusznym tatuażem (w kampanii skrytym) – nie taka dama, nie taka grzeczna. Fotografuje David Sims, który ma świetny sezon, bo jest też autorem bardzo dobrej kampanii Marca Jacobsa. Stylizuje Alex White, która z marką współpracuje od dawna. I gdzieś nad tym wszystkim dwa dobre duchy – mistrza, Oscara de la Renty, bo to kolekcja stworzona przez jego następcę, przez niego namaszczonego, Petera Coppinga, oraz Anny Wintour, która w ostatnich sezonach zawalczyła o dopływ świeżej, ekscytującej krwi zdarzeń w domu mody. Czy zapraszając do współpracy Johna Galliano, czy doprowadzając do być może zlecenia roku – zaprojektowania sukni ślubnej Amal Clooney. Zresztą zdjęcie pary przy przymiarkach jest chyba ostatnim wielkim medialnym momentem de la Renty, który zmarł w październiku 2014 roku.

Czy de la Renta mówi coś dzisiejszemu pokoleniu? Może pamiętają ubiegłoroczną spektakularną w przepychu i przesadzie kreację Sarah Jessiki Parker na gali w Met. Ich rodzice zauważą może z przekąsem, że dla Hilary Clinton nawet on niewiele mógł zrobić. Ktoś wspomni, że projektował też dla Jackie Kennedy. Jeśli przejrzycie zdjęcia z Oscarów czy innych wielkich gal, okaże się, że mnóstwo słynnych kobiet zapragnęło choć raz tej wystawnej bajki. Rihanna, Penelope Cruz, Oprah Winfrey, Taylor Swift, wszystkie są na liście klientek. Nie wiem, kim jest dziś kobieta de la Renty. Może DNA marki jest niezmienne. Lubi klasyczną elegancję, nie lubi szokować, chociaż lubi zwracać na siebie uwagę, ma pieniądze i nie zamierza się z tym kryć, jej życie wymaga bycia jednostką nieskazitelnie reprezentującą rodzinny biznes, majątek, bogatego męża…

I to wszystko mogło pozostać jakoś „stęchłe”. Ociężałe tym ‘jak wypada i co być powinno’. Bezpieczne, nudne, a przy tym żenująco wystawne. A jednak widzę w tej kampanii tylko grację, klasę i elegancję. Jakąś tajemnicę, a to słowo dotąd przy ‘de la Renta’ było mi nieznane – nie licząc wielokrotnego głowienia się, kto przy zdrowych zmysłach założyłby tę czy inną jego kreację. Dzisiaj, dzięki tej kampanii, pierwszy raz mam ochotę do tej kobiety podejść – może zachęca mnie jej naturalność, bo nie jest przesadnie wymalowana czy wyczesana, może to, że ona nie do końca wydaje mi się taka nudna i poprawna. Kiedy patrzę na nią w tym fotelu widzę raczej obłęd niż lunch w Barneys. I za tę nową, nieznaną mi wcześniej kobietę jest to dla mnie jedna z najlepszych kampanii sezonu jesień – zima 2015.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *