Bake Off – odcinek trzeci.

Third time lucky, mawiają. Ale nie dla mnie. Trzeci odcinek Bake Off był dla mnie podwójnie pechowy. Raz, o tym za chwilę, a dwa – z tego odcinka mam najmniej zdjęć z planu, za co bardzo przepraszam!

We wpisie o pięknej sukni MMC z drugiego odcinka wspominałam o tym, że wybrałam się do showroomu MMC i wyszłam stamtąd z całą torbą rzeczy. I rzeczywiście, przez moment wydawało mi się, że pół programu spędzę w Ich ubraniach. Ale ponieważ mój uparty umysł pracuje zawsze, nie odpuszczał mi nawet na chwilę i dość szybko podpowiedział, że te wszystkie stylizacje – dziesięć na dziesięć odcinków – powinny składać się w całość. I kiedy myślałam, co mogłoby być tą całością, wyszło mi że „jedwab i płynność”, cokolwiek to znaczy. Tłumacząc na język śmiertelników, jak najwięcej jedwabnych, długich, zwiewnych kreacji. A MMC robią nie tylko takie. Stąd wiele rzeczy – z żalem – zostało niewykorzystanych. Ale te, które wybrałam, nosiłam z wielką radością. Tak suknia z trzeciego odcinka prezentowała się na pokazie, na którym oklaskiwałam ją w Soho Factory:

mmc1

A jak wyglądała na mnie, można zobaczyć na przykład na tym filmie. Mówimy o trzecim odcinku z dziesięciu i widzę wyraźnie, jak jeszcze „hartowała się stal”, bo tu, ten jeden raz, uparłam się na mój ukochany kolor – czarny. I to ja nie miałam racji. Namiot Bake Off, pałac w Zaborówku, słodkie, urocze wypieki, wspaniali uczestnicy programu – nic nie było tam ciemne, pochmurne czy mroczne. I tak, czułam tego dnia na planie, że coś nie pasuje i tym czymś jestem ja. Błędy są jednak ważne! Głównie po to, by ich już nigdy nie powtarzać i zdecydowanie poprawiłam się w kolejnym odcinku, o czym zresztą wkrótce. Tymczasem kilka zdjęć z naszej nieoficjalnej „ścianki” w namiocie Bake Off. Nie wiem, kto wpadł na to pierwszy, ale przedsionek namiotu okazał się idealny do pamiątkowych fotografii.

Wróćmy do pecha. Wszystkie stylizacje do takiej produkcji są ustalane z pewnym wyprzedzeniem, i tę z Kasią Śródką, stylistką programu, miałyśmy omówioną, gotową. Potrzeba było jednego elementu do przygotowanego zestawu: kowbojki, jeansy, sukienka. Brakowało, cóż, stanika. Jak wspominałam, poprosiłam, by w całej produkcji pozostać sobą, a ja tej części garderoby za bardzo nie noszę, jeśli już, to w celach zdecydowanie uwodzicielskich, nie praktycznych. I kiedy przyszło do prowadzenia programu, a nie uwodzenia, okazało się, że nie mam co pod tę sukienkę włożyć, bo cała moja bielizna jest zdecydowanie zbyt przejrzysta i – nie oszukujmy się, dziwna (szykuję wpis o moim ukochanym Agent Provocateur, ale to może już w sezonie prezentowo – świątecznym). Musiałam znaleźć i kupić taki stanik, który zasłoni co trzeba, a zarazem nie zabije mojej nieznośnie lekkiej natury, bo to przyjęłabym ciężko.

W tym miejscu czas po raz pierwszy powiedzieć, że logistycznie praca nad programem była dla mnie piekłem. Kiedy przyjęłam tę propozycję, przysięgłam sobie, że nie ucierpi na tym nic innego. I nie ucierpiało. Cała radiowa, dziennikarska praca wykonana na czas, wszystkie wyjazdy, różne zobowiązania, niczego nie zawaliłam i nikogo nie zawiodłam. Ucierpiało jedno. Ja.

Program kręciliśmy latem, kiedy w najlepsze trwało Męskie Granie, na które jeździłam/ latałam, by stamtąd prowadzić audycje i wracać na plan. Nie inaczej było, gdy przystępowaliśmy do prac nad trzecim odcinkiem. Męskie było wtedy w Krakowie. Dojechałam w sobotę rano pociągiem do Krakowa, pociąg miałam o szóstej, z radia wyszłam po drugiej w nocy, po całym dniu zdjęciowym przyjechałam prosto na Myśliwiecką, by przygotować wszystko na sobotnią audycję z Krakowa. Plan miałam skrupulatnie przygotowany – w Krakowie punkt dziewiąta na dworcu, szybko do Galerii Krakowskiej po ten cholerny stanik, natychmiast do hotelu i spać do audycji. Sen był kluczowy, ponieważ samolot powrotny do Warszawy miałam o piątej rano, od razu z Okęcia jechałam na plan.

Galerię Krakowską rozpracowałam sobie w pociągu – gdzie pójść, by jak najszybciej znaleźć stanik idealny, czyli żaden push up (jest to według mnie najbardziej wulgarna rzecz w dziejach ludzkości), nic usztywnianego, coś wciąż bardzo subtelnego, ale zarazem z tak gęstej koronki, że zakryje co trzeba. Wybrałam Etam, francuską markę z całkiem niezłym asortymentem. Od nich zaczęłam i tam skończyłam. Przy okazji podziękowania dla przemiłej obsługi, wyraźnie przejętej tym, że „musi dobrze wyglądać w telewizji”, zostałam zasypana opcjami wyboru, i chociaż nieżywa i niewyspana, byłam przynajmniej spokojna, że mam to z głowy, tu gdzieś jest moja rzecz, którą zaraz kupię i pójdę spać.

W tym całym pędzie i zamieszaniu nie zwróciłam na jedno uwagi – jak ja właściwie wyglądam. Jest opcja, że ostatni raz widziałam się w lustrze o trzeciej nad ranem, gdy zmywałam ostatnią z maseczek ratujących to, że od dziewiętnastu godzin miałam na sobie telewizyjny makijaż, bo przecież prosto z planu do radia… I kolejny raz zobaczyłam się w przymierzalni Etam, w najgorszym białym świetle, w którym wszystko wygląda tragicznie, a najgorzej, o zgrozo, moja twarz. Oto stałam ja, półnaga, półprzytomna, z wielką opuchlizną pod prawym okiem. I z wielką, przerażającą świadomością, że za niecałe dwadzieścia cztery godziny mam wystąpić przed kamerami. Moje ciało wysyłało mi w życiu różne sygnały, że przeginam i o siebie nie dbam, ale nigdy tak wrednego. Pod moim okiem wyrosła nagle wyspa z archipelagu „Rozpacz i koniec świata”, a ja mogłam tylko patrzeć. Kupiłam bieliznę, wybiegłam ze sklepu, w drodze do apteki zobaczyłam jeszcze na wystawie kolczyki, które wydały mi się idealne i które kupiłam (a propos, obsługa w butiku Anny Kruk w Galerii Krakowskiej jest okropna), a potem rzuciłam się na blat apteki ze słowami „Proszę mnie ratować!”.

W hotelu mogłam sobie rozpaczać do woli – zamiast spać biegałam co pięć minut do łazienki, sprawdzać, jak opuchlizna, na którą zresztą nic nie pomagało. W końcu zeszłam do hotelowego baru i wróciłam stamtąd nie z alkoholem, a z kubkiem lodu. Po godzinie okłady zredukowały opuchliznę, za to cała reszta tej części twarzy kiepsko przyjęła takie ochłodzenie, odpłacając mi wyraźnie poirytowanym zaczerwienieniem. Zaczęłam histeryzować, że przeze mnie odwołają zdjęcia i że na pewno to bardzo dużo kosztuje i ja zapłacę karę. Po czym spojrzałam na zegarek, 14:45, czas jechać na teren Męskiego, robić audycję.

Na Męskim chowałam się przed wszystkimi, zero makijażu, zero życia. Cała mobilizacja poszła w audycję, bardzo trudną, bo wyjazdową i z godzinnymi wejściami z Rio, bo mieliśmy szanse medalowe. Kiedy po trzech godzinach zeszłam z anteny, poszłam do samochodu, gdzie wpakowałam wyniesioną z hotelu poduszkę (oddałam) i zasnęłam jak dziecko, mimo hałasu dochodzącego ze sceny kilka metrów dalej. Dlaczego po prostu nie wróciłam do hotelu, pozostanie tajemnicą. Mam teorię, że po audycji ostatecznie opuścił mnie rozsądek, a kilka godzin wcześniej Bóg.

Do pokoju hotelowego dotarłam po drugiej nad ranem, przekonana, że nie ma co kłaść się spać, bo na pewno zaśpię na ten samolot po piątej, więc głównie pokonywałam znaną mi już trasę pokój – łazienka, sprawdzając nerwowo, jak mają się rzeczy. Miały się – w przeciwieństwie do mnie – w porządku. Kiedy usiadłam w samolocie, pomyślałam, że za chwilę po prostu umrę, że tego wszystkiego jest za dużo, że tym razem przegięłam. Ale okazało się, że niewiele wiedziałam i dopiero połączone siły Żywca – Londynu i zdjęć dały mi popalić. O tym później.

Na razie zostawiam Was z moim mrocznym obliczem w Bake Off. To, że nie wyglądam tu jak śmierć to zasługa świetnej ekipy makijażystów i czuwania nad wszystkim Magdy Szulc. A sukienka MMC – po programie nie rozstałyśmy się :) – zdecydowanie zasługuje na piękne szpilki ode mnie i może pas gorsetowy z nowej kolekcji Prady… Tak, ciąg dalszy zdecydowanie nastąpi.

Fot: MMC, Bake Off – Ale ciacho!, archiwum prywatne.

5 thoughts on “Bake Off – odcinek trzeci.

  • 28/09/2016 at 22:39
    Permalink

    Dobrze się Panią czyta, Pani Aniu. Ta sukienka zupełnie mi nie przypadła, łącznie z butami, bo dodały jej ogromnej ciężkości (zwłaszcza teraz jak wiem o tych koronkach), nie zmienia to faktu, że teraz obejrzę odcinek trzeci po raz drugi żeby przyjrzeć się stanikowi :) Ach! pamiętam – w tym odcinku zaintrygowała mnie Pani tym tatuażem… Generalnie teraz oceniam ten odcinek jako bardzo sensualny.
    I to prawda, że jak się człowiek nad własnym ciałem nie zlituje i nie przyjmie do wiadomości wysyłanych sygnałów to ono daje popalić. W każdym razie ukłony i szacunek za wytrwałość i nadludzki momentami wysiłek.
    Paulina

    Reply
    • 06/11/2016 at 20:35
      Permalink

      Mnie również sukienka nie za bardzo się podoba, ani na modelce ze zdjęcia, ani na Pani Ani. Mam wrażenie, że te powłóczystości maskują to, jaką Pani Ania jest zgrabną dziewczyną; wygląda to, jakby chciała zamaskować coś, czego przecież nie musi. Dlatego czekam z utęskieniem na PRZEŚLICZNĄ, dopasowaną suknię wyhaftowane (chyba) ptaki. Po prostu śni mi się tamta suknia po nocach…

      Reply
  • 28/09/2016 at 22:42
    Permalink

    Dodam jeszcze, że dobra zmiana wizualna bloga. Czytelny, prosty, minimalistyczny.

    Reply
  • 04/10/2016 at 09:33
    Permalink

    Słuchałam tej krakowskiej audycji, nigdy nie powiedziałabym, że była prowadzona na takim zmęczeniu i po takich przebojach. Klasa.

    Reply
  • 07/10/2016 at 16:15
    Permalink

    Uśmiałam się z tych perypetii stanikowych. :D
    Sukienka jest fantastyczna, ale koniecznie do niej jakieś lekkie szpileczki, bo te buciory (za przeproszeniem!) strasznie obciążają cały wizerunek, po prostu czuję jak oczy mi się zsuwają w dół i to wcale nie z zachwytu.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *