Charlotte Gainsbourg dla Nars.

Charlotte Gainsbourg „Portrait of the Artist”. Gdybym rzuciła takie hasło, każdy miałby prawo pomyśleć – nowa płyta? Nowa piosenka? Film? Jakiś projekt? Ciekawe, kto wpadłby na to, że to rzeczywiście nowe przedsięwzięcie w CV artystki. Wejście na nieznany dotąd grunt. Charlotte we współpracy z gigantem kosmetycznym, marką Nars, stworzyła swoją pierwszą kolekcję makijażu, „Portrait of the Artist”. Od czerwca jest dostępna w Polsce.

Pozwalam sobie śmiało myśleć, że każdy, kto jest czytelnikiem tego bloga, wie, kim jest Charlotte Gainsbourg. Ale dla porządku, kilka zdań. Aktorka, wokalistka, muza, ikona stylu, matka, córka Jane i Serge’a. Kolejność dowolna. Od kilku lat mieszka w Nowym Jorku, dzięki matce zna doskonale Londyn, życie spędziła w Paryżu. Wydała kilka znakomitych solowych płyt, jako nastolatka śpiewała z ojcem, wywołując skandal obyczajowy, aktorstwo dało jej kilka prestiżowych nagród, nam – widzom, wiele ról w filmach, o których pamięta się długo po wyjściu z kina. Prywatnie chroni siebie i swoją rodzinę, nie lubi udzielać wywiadów, pokazuje się publicznie głównie po to, by promować sztukę. Wyjątek robi dla mody, niegdyś twarz perfum Balenciagi, później muza Louis Vuitton, dziś jedna z ambasadorek domu mody Yves Saint Laurent. Mimo silnych i wieloletnich powiązań z największymi graczami na rynku, najczęściej widzimy ją w jeansach i t-shircie. I oczywiście, jest jedną z tych szczęściar, które w tym prostym zestawie wyglądają tak, jak śmiertelniczki mogą tylko pomarzyć.

Z takim nazwiskiem, taką matką i taką urodą, to była kwestia czasu, kiedy o Charlotte upomni się świat mody. Na ile jest prawdziwą entuzjastką bycia „ambasadorką, muzą, twarzą” różnych marek (a reklamowała tego sporo, z różnych, nie zawsze najwyższych półek cenowych), tego nie dowiemy się nigdy, ale można przypuszczać, że udział w kampaniach reklamowych i współpraca z wielkimi domami mody pozwala na pełen komfort wyborów artystycznych, realizowanie się w niszowych projektach i kierowanie wyłącznie sercem, gdy przychodzi do przyjmowania i odrzucania scenariuszy czy nagrywania płyt. W tym sensie nie gniewam się, gdy widzę w Paryżu straszne, naprawdę okropne jej reklamy dla Gerard Darel.

Współpraca z Nars nie ma w sobie nic z przymusu, rozsądku, nic z pracy, która „płaci rachunki”. Nawet jeśli Charlotte nie przychodzi mi do głowy jako pierwsza, dziesiąta czy trzydziesta, gdy myślę, „aktorki, wokalistki, które uwielbiają makijaż”, jest w tej współpracy coś, uwaga, używam słowa, którego nie cierpię, organicznego. Począwszy od nazw kosmetyków – konkretne odcienie to miejsca, ludzie, wspomnienia, to jej życie. Przez zdjęcia, bo oczywiście Charlotte firmuje kolekcję swoją twarzą, po same produkty, jest ich niewiele (cała kolekcja to zaledwie kilkanaście rzeczy), ale za to każdy jest do sprzedania tym magnesem – „Charlotte sama tego używa”. To bardzo wiarygodna, starannie wyselekcjonowana grupa produktów.

nars-charlotte4

Sama Gainsbourg, udzielając wywiadów promocyjnych, podkreśla, jak zmienił się jej stosunek do makijażu. Do życia właściwie. Jak bardzo wyluzowała, nauczyła się bawić. Ale też wie już, co jej pasuje, a co nie. Charlotte wychowywała się z piękną kobietą, matką. To nigdy nie jest łatwe dla nastolatki, porównującej się do ideału (Jane miała tak samo ze swoją mamą, również piękną kobietą). Fazą buntu był etap chłopczycy, negującej każdy wizualny aspekt kobiecości, w tym także makijaż. Do zarzucenia go zachęcała zresztą mama. Birkin przyznała po latach, że lata 60., z tymi wielkimi wymalowanymi oczami i firankami wytuszowanych i sztucznych rzęs były po prostu okropne i żałuje, że nie była bardziej naturalna. Charlotte zdaje się usłyszała o tym pierwsza. Gainsbourg bywa „zrobiona” na wielkie gale i wyjścia. Ale równie często zobaczymy ją na nich wręcz nieumalowaną i nieuczesaną, chociaż to oczywiście tylko pozory. Jej definicja piękna nie ma wiele wspólnego z perfekcją i godzinami spędzonymi przed lustrem. I całe szczęście. To jednak nie znaczy, że nie ma w tym miejsca na trochę próżności i przyjemności. I z tej potrzeby powstała ta kolekcja:

nars-charlotte-gainsbourg-5

Kupiłam – nie było łatwo, w Londynie kolekcja sprzedała się błyskawicznie – prawie wszystkie kosmetyki, skuszona eleganckim czarno – złotym opakowaniem, minimalistycznym, klasycznym; jak Charlotte, dyskretnym, z klasą. Na toaletce wyglądają pięknie. Ale nie tam mają prezentować się najlepiej. Chociaż, przyznacie, bardzo efektownie to wygląda:

cg-nars-stylized-visual-1-full-collection-jpeg

Zacznijmy od zachwytu. Gwiazdą kolekcji, dostępną w trzech odcieniach (w Polsce w dwóch) jest Lip Tint, czyli „barwnik do ust”. Gdy pooglądacie go w testerze, możecie pomyśleć, że w życiu, zbyt „błyszczykowa”, lepka konsystencja. Pozory mylą. Na ustach nosi się lekko, a barwi je w sposób, jakiego w kosmetykach kolorowych jeszcze nie widziałam. Nie ma to nic wspólnego z matowymi, pudrowymi, bardzo odpornymi na ścieranie szminkami, farbkami i błyszczykami, jakie podbiły w ostatnich latach rynek. One dają imponująco trwałą plamę koloru na ustach, są nie do ruszenia przez jedzenie, picie i pocałunki. Ale są też niesubtelne. To już jest konkretny makijaż, kiedy używa się tych produktów. A Lip Tint z tej kolekcji Charlotte to tylko sugestia koloru, usta jak po godzinie całowania. Chwilę po aplikacji z lekkim połyskiem, później już tylko z kolorem, który wygląda jak bardziej ukrwiona (przepraszam za nieromantyczny opis) wersja Waszego naturalnego koloru. Double Decker jest najsubtelniejszym odcieniem. Ephelide to już przypadek wielkiej namiętności. Oba dostępne w Polsce, oba rekomenduję z czystym sumieniem, Double Decker jest moim dziennym, Ephelide wieczornym odcieniem. I oba kupiłam w zapasowych ilościach, bo kolekcja Charlotte jest rzecz jasna limitowana. W świecie mody i urody dobre rzeczy są zawsze dostępne w krótkich seriach. Jeśli się nad tym zastanowić, w życiu też.

Teraz odwrotnie, kosmetyk, który wydaje mi się porażką. Nie znajduję w myślach osoby, której spodobałby się Hydrating Glow Tint – czyli jedyny produkt z gamy podkładów w tej kolekcji. Myślałam, że to będzie jej hit – Francuzki słyną z najlepszego podejścia do makijażu cery – lekko, świetliście i jak najbardziej naturalnie. Glow Tint w nazwie obiecuje właśnie to. A tymczasem prawie za dwie stówy dostajecie coś, co jest gorsze niż każdy krem BB i CC w drogerii i wiem co mówię, bo czekając na przesyłkę z Net-a-Porter z moim kremem z filtrem do porannego joggingu kupiłam „na dwa dni” jakiś krem BB Garniera za 19 zł. Przysięgam, daje lepszy efekt niż wspomniane Glow Tint.

Glow Tint to jest nic. Zero krycia, zero blasku, bez SPF (!), nie spełnia żadnej obietnicy i nic nie daje. Dla kogoś z cerą z problemami – nie ukryje niczego. I wbrew opisowi, nie jest „buildable” – druga warstwa jakoś nie chce połączyć się z pierwszą. Cery idealne, młode, świeże, będą rozczarowane tym, jak mało rozświetla, nie dodaje tego pożądanego „blasku” wypoczętej skóry. Nie wyrównuje kolorytu, bo jest na to za lekki, nie chroni, bo nie ma filtra, nie współpracuje z korektorem, generalnie – porażka. Chrońcie swoje pieniądze.

A teraz znów o rzeczach świetnych. Multiple Narsa to sztyfty koloryzujące, nadajace się do ust i policzków. W kolekcji Charlotte znalazły się nowe odcienie Multiple, a także nowa odsłona produktu, zdecydowanie subtelniejsza, to raczej impresja koloru niż sam kolor. Na policzkach wygląda to fantastycznie, jak naturalny, świeży rumieniec, kolor emocji. Nie sposób wykryć, gdzie kosmetyk zaczyna się na pomalowanej twarzy, a gdzie kończy. Warto tu podkreślić charakter współpracy Narsa i Gainsbourg – wymyślili nie tylko kolory, ale i formuły. Zarówno Lip Tint, Glow Tint jak i Multiple Tint funkcjonują w tej kolekcji jako subtelniejsze, lżejsze odpowiedniki stałych elementów w ofercie Nars. Charlotte w tych barwach jest taka jak na swoich płytach, nic nie krzyczy, nie szuka tanich efektów i wrażeń, wszystko jest bardzo subtelne, często niedopowiedziane.

Ale jest też inna Charlotte, ta w filmach. Nieustraszona. I takie oblicze pokazuje też w tej kolekcji. O ile „Tint” to sugestia; oczy wyrażają konkretny komunikat. Mocne kolory do makijażu smokey eye dominują i w zestawach cieni, i w kredkach do oczu. Tutaj czai się duch niespokojny. Przydymione grafity, zielenie, czernie i granaty pozwalają stworzyć naprawdę mocne, graficzne, przykuwające uwagę oko. Ja w tym sezonie jestem za akcentowaniem ust i nie wykorzystałam jeszcze w pełni potencjału zakupionych kosmetyków do makijażu oczu, ale co mogę powiedzieć na pewno – fanki mocnego, „roztartego” oka, będą zachwycone, pracuje się na tych kosmetykach fantastycznie, przebite jasnymi akcentami, czy złotymi czy perłowymi, też dostępnymi w kolekcji, oferują całą gamę światła i cienia. Kobieta może być tajemnicza, może być mroczna, może być niebezpieczna… Charlotte przygotowała nas na każdą emocjonalną opcję. Zauważyliście, że piszę „kobieta”, nie „dziewczyna”? Nie umiem tego wyjaśnić, ale jest w tej palecie barw, w takim wyborze odcieni, nielogicznym na wiosenno – letnią kolekcję (zero pasteli, zero złota i świecidełek podkreślających opaleniznę, zero turkusu grającego z opaloną skórą itd.), zdecydowanie bardziej jesienno – zimowym, coś ze świadomego wyboru dorosłej kobiety, która już wie, czego chce. Ta kolekcja Charlotte może być pożądana, ale ona nie jest modna. Nie jest też niemodna. Jest dla kobiet, których wybory estetyczne jakoś współgrają z wizualnym, artystycznym i emocjonalnym światem Charlotte Gainsbourg. No bo nie oszukujmy się, kupuję nie tylko szminkę, ale i nazwisko.

Postanowiłam pokazać Wam na sobie (zdjęcie z mojego instagrama, zapraszam), jak wyglądają kosmetyki z tej kolekcji, na tym zdjęciu – zrobione w dziennym świetle, nieretuszowane – mam na sobie Lip Tint w odcieniu Double Decker, Hydrating Glow Tint w najjaśniejszym Fair oraz jasny cień z dwójki Old Church Street. Wybrałam do zdjęcia te kosmetyki i ich odcienie, które są dostępne w polskich Sephorach. Wszystko w niezmienionym, nienaruszonym stanie przetrwało upalny dzień w mieście. Jakość tych kosmetyków – jak zawsze w przypadku Nars – rewelacyjna.

image1-1

A teraz sama Charlotte i jej interpretacja makijażu. Jak widzicie, ja poszłam w subtelną nutę, ona w bardziej rock’n’rollową. Ale to tylko dowodzi pierwszej i podstawowej zasady makijażu – nie ma w nim zbyt wielu zasad, jest za to obietnica zabawy i metamorfozy:

Pełna kolekcja z wysyłką za 20 euro (masakra!), dostępna na stronie Nars, niektóre kosmetyki na stronie polskiej Sephory, tutaj. Są również dostępne w wybranych stacjonarnych Sephorach. Jeśli coś kupiliście, planujecie kupić, macie pytania, dajcie znać w komentarzach, niech z moich wydatków będzie dobry uczynek.

Jeśli jesteśmy przy Charlotte, nie mogę odmówić sobie przyjemności wrzucenia dwóch sesji, które – chociaż mają już kilka lat – wciąż sprawiają oku wiele przyjemności. Pierwsza jest z kwietnia 2012 roku, została opublikowana w „Oyster Magazine”, autorem zdjęć jest Will Davidson. Moi czytelnicy i słuchacze znają mnie już na tyle, że nie muszę tłumaczyć słabości do długowłosych dziewczyn z grzywką, prawda? Jeśli jest coś takiego jak „filozofia fryzury”, to ta sesja tłumaczy to lepiej niż słowa. Szczególnie ostatnie zdjęcie:

Kolejna sesja, z 2013 roku, została opublikowana w kilku edycjach magazynu „Interview”, my sięgamy po rosyjską, numer z września. Za zdjęcia odpowiadają Driu Crilly & Tiago Martel, którzy uchwycili zmysłową, seksowną Charlotte, jaką z wiekiem staje się coraz odważniej i częściej. Tak lubię tę sesję, że na wszelki wypadek kupiłam dwa numery „Interview”. Jest w tych zdjęciach coś, co pokazuje siłę i pewność siebie kobiety, a zarazem nie ma w nich nic odpychającego – wręcz przeciwnie!

cg4

Przypominam, że na blogu – i to w kilku wpisach, można też przeczytać o siostrze Charlotte, Lou Doillon. Zapraszam do lektury!

Wpis nie jest sponsorowany. Nie mam żadnego problemu z powiedzeniem Wam, kiedy zdarzą się takie sytuacje. Wszystkie kosmetyki kupione w trzech europejskich stolicach za moje pieniądze.

7 thoughts on “Charlotte Gainsbourg dla Nars.

  • 11/06/2017 at 23:23
    Permalink

    Czy wypróbowała Pani także kohle i kredki do ust? Czy są również godne polecenia?
    Jestem bardzo ciekawa, jakiego kremu SPF używa Pani do joggingu? ;) Na zdjęciu Pani cera wygląda nieskazitelnie.

    Reply
    • 11/06/2017 at 23:29
      Permalink

      Zdjecie jest rzeczywiscie bez retuszu, ale ta „nieskazitelność” to zasługa swiatla.
      Moj spf do biegania to Sarah Chapman „Skin Insurance”.
      Co do kredek do ust – nie lubie tego produktu, wiec nie. Kohle są znakomite, z lekkim odcieniem przebijającym przez czerń, długo dobrze sie noszą, swietnie rozcierają.
      Pozdrawiam!

      Reply
  • 12/06/2017 at 20:29
    Permalink

    Aniu, wyglądasz cudnie, wpis przeczytałam, ale najbardziej ucieszył mnie wspomnieniem o Lou Doillon, dosłownie wczoraj chwilę myślałam o niej i Twoim wywiadzie z nią przy okazji wydania ostatniej płyty i to znak, że czas najwyższy ponownie go odsłuchać :)

    Reply
    • 12/06/2017 at 20:31
      Permalink

      Bardzo dziękuję! W razie potrzeb – zrobiłyśmy dwa radiowe wywiady! :)

      Reply
  • 16/06/2017 at 17:48
    Permalink

    Mmmmm, takie oko jak na filmie lubię. :)))
    Może jednak na chwilkę zerwałaby Pani z podkreślaniem ust i pokazała nam zdjęcie z podkreślonym okiem? :)
    No i niech trwa ten wysyp wpisów, bo przerwa była stanowczo za długa!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *