„Anna Gacek perfumy”

Już kiedyś wspominałam, z uwagą – i często rozbawieniem – podglądam, dzięki jakim hasłom Czytelnicy trafiają na ten blog. Obok wszystkich „Kate Moss”, „Alexa Chung”, „Jeanne Damas” świata, w statystykach zawsze króluje wielka trójka: „Anna Gacek nago”, „Anna Gacek mąż/ chłopak”, „Anna Gacek wiek”. Wy ciekawscy, Wy! Ale są też hasła interesujące. Ktoś wpisał w wyszukiwarkę „Anna Gacek perfumy”. I zainspirował ten wpis. Dziękuję!

Zatem tak, dziś o perfumach. Mam z nimi dziwną relację. Podglądam rynek, interesuję się, jestem na bieżąco, ale niespecjalnie korzystam. Bardzo lubię te toaletki, na których stoi wiele buteleczek i flakonów, niektóre zakurzone, niektóre wręcz vintage, niektóre ledwo napoczęte, niektóre wyraźnie uwielbiane. Ale to nie mój świat. W moim życiu zmieniały się zapachy, ale nigdy ich ilość. To zawsze jedne, moje perfumy. Jestem perfumiarską monogamistką. W stałym związku od września 2012.

Za nami poważny kryzys, kilka moich romansów. Ale pokornie wróciłam. Nie odkryję tu Ameryki, chociaż to amerykańskie perfumy, po pewnym czasie przestałam je na sobie czuć. Tak bardzo przestałam, że nie byłam w stanie powiedzieć, czy mam je na sobie, czy nie. Postanowiłam dać sobie czas, by zatęsknić i przekonać się, czy to relacja na całe życie, czy po prostu czas na nowe. Od maja 2016 roku do listopada 2017 nie nosiłam na skórze żadnego zapachu. To pewnie z jakieś 500 dni, prawda? Szukałam, jak bardzo szukałam! Dziesiątki niszowych perfumerii, w Nowym Jorku, Londynie, Paryżu, Berlinie, Barcelonie. Kilka zakupów, kilka próbek. Wszystko na nic. Nie znalazłam nowej miłości. A za tamtą zaczynałam powoli tęsknić, w końcu tak bardzo, że w listopadzie byłam gotowa na powrót. I było to cudowne uczucie, poczuć je znów na sobie. Jakby nie było tych wszystkich dni przerwy, jakbym znów wróciła do siebie. Może właśnie po to była ta rozłąka, by to sobie uświadomić.

Od razu powiem – perfumy to rzecz osobista. Nie napiszę, których używam. Są niszowe, niedostępne w Polsce i dość dziwne. Mają kilka niepopularnych składników. Lubię, jak na mnie rozkwitają, bo najdłużej trzyma się na mnie najdziwniejsza, najtrudniejsza dla nosa nuta. To sprawia, że inne dziewczyny tak nie pachną. Dlatego są moje. Lubię, gdy mój zapach coś o mnie mówi, zostawia mój ślad. Po moim odwyku niestety nie wróciło mi ‚czucie’, ja już ich na sobie praktycznie nie czuję, więc używam ich raczej dla otoczenia, są jedną z form komunikowania się ze światem. To nie są perfumy dziewczyny nieśmiałej, ale nie są to perfumy ciężkie czy mocne. Są za to słodkie i lekko duszne. Zdecydowanie z tych zmysłowych. Ale jest w nich też tak wiele nut natury, dzikiej, swobodnej przestrzeni, że nie są zapachową klatką i nie dają się tak łatwo opisać. To może być dziewczyna w podwiązkach i gorsecie, ale może to też być nimfa biegająca rano nago po ogrodzie (chociaż nie polecam). Dziś, kiedy za nami tak długi związek i potrzebujemy trochę ekscytacji z zewnątrz, czasem dodaję do nich odrobinę drugiego zapachu, i o tym już napiszę, Playing With The Devil, marki Kilian. To były jedne z perfum, z którymi próbowałam się w czasie moich 500 dni odstawienia. Polubiłam je za to, że na mojej skórze w pierwszej godzinie rozwijają się niemożliwie nieprzyzwoicie. Czy mogę nie pisać, czym pachną? Damie nie wypada. Czasem używam ich, by nieco skołować otoczenie, „robiła to przed chwilą, czy nie?”. Uhm.

Tak naprawdę, ten tekst nie jest po to, by rozkoszować się moim ekshibicjonizmem. Jest raczej zachętą, by szukać. Rynek kosmetyczny, nie tylko perfumiarski, przeżywa w ostatnich latach prawdziwy boom. Jest tego mnóstwo. I dziś, przepraszam, że to powiem, ale używanie komercyjnych perfum z Sephory czy innego Douglasa to lenistwo. To trochę tak, jakbyście mieli w domu na półce z płytami, powiedzmy, cały katalog wytwórni XL czy Domino i przyszli do kogoś, kto ma kilka best of, w tym Stinga, wiecie co mam na myśli? Jest tak wiele więcej! I „więcej” jest fascynujące w procesie szukania i odkrywania siebie, chemii swojej skóry i swojego gustu. Niech nie obrażają się na mnie wszyscy używający Burberry, Lancome czy Armani – jeśli to są Wasze ulubione, wspaniale! Ale wiele znakomitych, słynnych „nosów” zgadza się, że masowy rynek perfum bardzo niebezpiecznie się w ostatniej dekadzie ujednolicił – innymi słowy, wszystkie – chociaż różne – tak naprawdę pachną tak samo. Szukając tylko w tych miejscach zamykacie się na cały świat doznań.

Jest kilka masowych perfum, które uwielbiam. Są męskie, które przywołują najpiękniejsze wspomnienia. Jest moja przeszłość. Classique Jean Paul Gaultier, moje pierwsze perfumy, siedemnastolatki. Do dziś uważam je za najpiękniejszy flakon. I piękny, kobiecy zapach. Wycofane Eau Torride Givenchy, pierwsze perfumy Ani w Warszawie, kojarzą mi się z tym cudownie nowym czasem w życiu. Black Orchid, debiutanckie perfumy Toma Forda, które miałam w Polsce chyba jako pierwsza, bo akurat byłam w świecie w dniu ich premiery – wszyscy pytali, co to za oszałamiający zapach. I oddawałam je Polkom z żalem, kiedy weszły na nasz rynek. Żal nie trwał długo, bo zmieniłam je na Santal Blush, też Toma, do dziś jeden z moich ukochanych zapachów. Po drodze było oczywiście mnóstwo Calvina Kleina, Yves Saint Laurent, Gucci i wiele innych poszukiwań dwudziestolatki. Aż latem 2012 roku poleciałam do Nowego Jorku z myślą „wracam z tatuażem albo z nowymi, naprawdę moimi perfumami”. Reszta jest historią.

Co polecam tym, którzy chcą poszukać? Poznanie siebie – nawet na najdroższych produktach. Które nuty są moimi ulubionymi? Co powtarza się we wszystkich moich ulubionych zapachach? I z tym zasiąść przed komputerem i zacząć szukać – właśnie po nutach. Pryskać próbki na ciało, na pulsujący nadgarstek i poczekać chwilę, by wszystko się rozwinęło. Pochodzić z tym kilka godzin, najlepiej w cieple, by zobaczyć, jak rozkładają się nuty, co się ulatnia i co zostaje, bo to jest nasz finalny zapach. Nigdy nie sugerować się tym, jak pachną na kimś innym. I tym, jak się na kimś trzymają. To są indywidualne sprawy. Zawsze trzeba mieć na uwadze, kim jestem, jak żyję, jak pracuję? Jeśli w biurze, w open space, czy w pokoju, który dzielę z innymi, czy na pewno powinnam serwować im od 9 rano Opium czy Poison? Jeśli jestem kimś, kto nie ma swojego stylu, bo podoba mi się wszystko, czy na pewno powinnam redukować moje opcje do jednego tylko zapachu? Wszystkie sztuczki, kampanie reklamowe, „ambasadorki” i tym podobne to jakieś wielkie nieporozumienie – flakon za 300 złotych nie zrobi z ciebie Gigi Hadid. Na to trzeba być obojętnym i głuchym, bez względu na to, jakie nazwiska realizują i reklamują zapachy – a wiemy, że największe, bo to wielki biznes.

Moje rekomendacje? Z bardziej dostępnej półki cenowej – dla młodych pierwsze perfumy ulubionej marki Paryżanek, Zadig & Voltaire. Dla trochę bardziej dojrzałych w stylu i lekko snobistycznych, bo chyba nie ma ich w Polsce, perfumy „nowego” Loewe, już pod wodzą JW Andersona. Dla trochę niszowych, ale bez jakiejś strasznej napinki, bo to dziś już poważna historia, Byredo. Dla wtajemniczonych – D.S. & Durga. Daję słowo, czasem miałam wrażenie, że pół Nowego Jorku pachnie ich Radio Bombay. Oczywiście, to nawet nie początek historii, jest tego mnóstwo. Ostatnio wszyscy w Londynie wkręcili się w tę markę. I tak dalej… To jest naprawdę historia bez końca. Jest moja ukochana czysta figa Jo Malone. I zapach lata, który zawsze czuję w Bronze Goddess Estee Lauder. I coś tak niewinnego i czystego (chłopcy uwielbiają) w zwykłym kremie Nivea na skórze. I są te najbardziej osobiste wątki, zapachów i konkretnych sytuacji. Te perfumy Prady to już zawsze będzie jeden z najbardziej szalonych Londynów w moim życiu. Próbowałam w Selfridges i tak nieszczęśliwie, że skończyły na rękawie koszuli. Kiedy już w Warszawie wrócił ten zapach, przywołał całe szaleństwo jakie odbywało się chwilę później w pobliskiej Chiltern Firehouse. Nawiasem mówiąc, to jeden z najpiękniejszych zapachów ostatnich lat. Wspaniale trzyma się na skórze, pięknie rozkwita, jest jak tatuaż, tak mocny, tak organicznie stapia się z ciałem. Ale nie jest miłością.

Udanych poszukiwań, w razie potrzeb pytajcie w komentarzach!

p.s. w obrazkach kilka niezapomnianych reklam.

23 thoughts on “„Anna Gacek perfumy”

  • 20/01/2018 at 10:57
    Permalink

    Aniu! Dzięki❤️
    Po tym wpisie prawie zakręciło mi się w głowie. Muszę powąchać ziarna kawy😉

    Reply
  • 20/01/2018 at 11:38
    Permalink

    Tyle emocji od rana, tyle zapachow do powachania 😉
    Pozostaje jedno pytanie: co z tym nowojorskim tatuażem?

    Reply
      • 20/01/2018 at 11:40
        Permalink

        Wiedziałam, że to sprawa równie tajemnicza co TEN zapach 😁

        Reply
  • 20/01/2018 at 17:35
    Permalink

    Jestem teraz ogromnie ciekawa, który zapach będzie tym „moim” warszawskim. Wkrótce się przeprowadzam i już zacieram ręce (i odsłaniam nadgarstki, a jakże!) na to, co nowe. Jeśli wybrać ten pierwszy adres w Warszawie, od którego warto rozpocząć perfurmiarskie poszukiwania – na co postawić?

    Reply
    • 20/01/2018 at 17:38
      Permalink

      Mood Scent Bar albo GaliLu. I koniecznie pytać, rozmawiać. Bo inaczej to może być dość traumatyczne – małe przestrzenie :) Pozdrawiam!

      Reply
  • 20/01/2018 at 19:31
    Permalink

    Zawirowały zapachy wokół mnie. :)
    No własnie, z czasem przestaje się czuć na sobie zapach. Łatwo wtedy przekroczyć granicę, wylać na siebie przysłowiowe pół butelki i zadusić otoczenie. Pomysł z przerwą wydawałby się słuszny, ale pisze Pani, że też do końca nie pomogło…
    Cieszę się, że jest nowy wpis. Oby dalej tak regularnie. :)

    Reply
  • 20/01/2018 at 21:41
    Permalink

    Niewiarygodne jak dobrze się czyta Panią o zapachach! Rozbudziła Pani we mnie i moje wspomnienia :) Pamiętam moje i mojej koleżanki z liceum pierwsze marzenia o pierwszych perfumach. I opinię taty koleżanki nagabywanego przez nią na zasponsorowanie pierwszego flakonika dla córki : ” Panienki z dobrego domu pachną mydełkiem” – do dziś się z tego śmiejemy :) Nie poszłyśmy drogą sugerowaną przez tatę koleżanki, oj, nie.. I zakupiłyśmy za długo oszczędzane pieniądze pierwsze – jeszcze wtedy mało poważne – cudne ( bo one zawsze są w jakiś magiczny sposób: cudne ) flakoniki. A potem pamiętam pierwsze – już te poważne – perfumy = prezent od kogoś ważnego dla mnie wtedy. Jaki one miały flakonik !!! – dla mnie : dzieło sztuki. A potem cała masa innych – aż mnie znudziły wszystkie zapachy. Nie mogłam wręcz używać swoich dotychczas ulubionych- odrzucało mnie od wszystkiego. co próbowałam wąchać, nosić. I wtedy trafiłam na Byredo. Są ze mną do dziś. I już się cieszę na marcowy wyjazd do Berlina ( na koncert zespołu, na punkcie którego zwariowałam : ) – przy okazji zajrzę do sklepu z wyjątkową obsługą, gdzie powącham co nowego !

    Reply
    • 20/01/2018 at 21:43
      Permalink

      A co to za zespół? I które Byredo? #ciekawska :)

      Reply
      • 22/01/2018 at 18:52
        Permalink

        Mojave Ghost – teraz, bardzo mi odpowiada. A wcześniej było : Inflorescence i Bal D’Afrique. Minimalistycznie proste buteleczki też mi się podobają.
        A zespół ? ” So sweet. So fine. So nice”…. – budzi moją rockową duszę ogromnie !! :)

        Reply
  • 20/01/2018 at 21:42
    Permalink

    A! Mnie się marzy wpis : ” Anna Gacek New York”…..

    Reply
  • 21/01/2018 at 16:56
    Permalink

    Używam Platinium Egoiste. Po przeczytaniu Pani artykułu wydało mi się to strasznie banalne. Bardzo proszę o jakąś inspirację, albo podpowiedź, czym się skropić, aby wywrzeć pozytywne wrażenie na Pani zmyśle powonienia?

    Reply
  • 26/01/2018 at 10:24
    Permalink

    Poszukiwałam ostatnio perfum. Nie tych osobistych, intymnych, mówiących o mnie, tylko perfum biurowych, będących wizytówką kompetencji, profesjonalizmu, częścią zawodowego wizerunku. Uważam, że to ważne. Z tą motywacją poszłam jednak do… masowej perfumerii. Tu profesjonalizmu mi niestety zabrakło… Nic dziwnego, że zostałam potraktowana masowo – polecono mi nowość: Michael Kors Sexy Ruby. Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Poszukiwania trwają nadal, tym razem z mniejszą ignorancją. Czy zechciałabym mi Pani pomóc i coś zasugerować?

    Reply
    • 26/01/2018 at 12:30
      Permalink

      Zasugeruję – ale czy miasto to Wwa?

      Reply
  • 26/01/2018 at 13:26
    Permalink

    Kraków ale czuję, że poszukiwania muszą być zakrojone na szerszą skalę. Poza tym będzie mi miło, jeśli wyjazd do Warszawy zyska pozazawodowy kontekst. Będę ogromnie wdzięczna za pomoc.

    Reply
    • 26/01/2018 at 15:37
      Permalink

      Ponoć są też w Douglas w Galerii Krakowskiej, Jo Malone. Subtelne, ale nie masowe. Powinno się udać!

      Reply
  • 26/01/2018 at 20:13
    Permalink

    Dorga Anno, blog obłędny- pięknie pisany
    ja z „innej beczki”, jestem ciekawa czy oglądasz-widziałaś pierwsze odcinki American Crime Story: The Assassination of Gianni Versace? Penélope jako Donatella :).

    Reply
    • 27/01/2018 at 19:30
      Permalink

      Poczekam na całość :) Pozdrawiam!

      Reply
  • 09/02/2018 at 16:03
    Permalink

    Pani Anno, świetny wpis, przywołujący wspomnienia.
    Swoją przygodę z ulubionymi perfumami zacząłem chyba w 1993 roku, przypadkiem w zagranicznej prasie wpadła próbka Diora. W końcu kupiłem zaintrygowany tych zapachem flakonik i się „zużył” po jakimś czasie, cena jednak w tamtym czasie była mniej przystępna i próbowałem innych, jednak to było nie to. Od 1996 już został praktycznie na stałe, z okazjonalnymi, głównie letnimi, chwilowymi przerwami. Niestety zauważyłem, że sam zapach ewoluuje i nie jest już taki, jak gdy zaczął swoją karierę, miałem okazję porównać nowe i stare (chyba z okolic 2002), wolę starszą wersję. Pomijam już tworzenie „modyfikowanych” wersji, po próbkach nie miałem chęci ze skorzystania. Udało mi się kiedyś zdobyć tester Cartiera, który mnie naprawdę zainteresował, ale że nie był dostępny w Polsce to jakoś temat ucichł, bo ten „jeden” już był. Dzięki Pani będę mógł się wybrać na jego poszukiwania ;)

    Reply
  • 15/02/2018 at 07:59
    Permalink

    A u mnie było tak: w 1995, na 11 urodziny nie dostałem listu z Hogwartu, ale za to ojciec (żyjący w wiecznym rozkroku między ojczyzną a Anglią), zaprosił mnie do Londynu. I tam, gdzieś pomiędzy zakupami i zwiedzaniem, dostałem w prezencie „coś dorosłego”- to było CK „one”. Romansów było kilka, lubię szukać innych zapachów, ale ten jest już na zawsze. Stopił się ze mną, z moją skórą, jesteśmy one:)
    Anno, świetny wpis! Czytać Cię jest bosko!

    Reply
  • 24/02/2018 at 20:29
    Permalink

    Do Komentatorki AR – na Kazimierzu w Krakowie, ul. Józefa, jest mała niszowa perfumeria – coś cudnego! I cierpliwe kobietki które doradzają i pomagają, polecam.
    Do Pani Ani – mam małe odkrycie – w prawie wszystkich zapachach używanych przez Panią jest nuta neroli czyli kwiatu gorzkich pomarańczy – oszałamiający zapach.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *