Znalezione.

Robiłam ostatnio porządki w komputerze, głównie zaśmiewając się z notatek, zapisków i wspomnień. Te znaleziska zostaną prywatne, ale to wydało mi się na tyle trafione w czas z odnalezieniem, że postanowiłam je tu umieścić. Dawno temu, w pierwszych złotych latach Offensywy, publikowaliśmy felietony na stronach audycji. Ten jest z wiosny 2007 roku. Jest lekko przeze mnie zmieniony, skala pretensjonalności oryginału była dla mnie nie do przejścia. Ale wiele myśli, ponad dziesięć lat później, wydaje się zdumiewająco aktualnych. Enjoy.

ELEGANTLY WASTED

No i mam up all night. Która to godzina? 02.30, a ja wpatruję się w mój telefon oczekując wiadomości, że oczekuje mnie on. Nawet gdyby nie przyleciał do Polski i tak byłby postacią tygodnia, jeśli nie miesiąca. Johnny Borrell. Felieton o nim szykowałam od dawna, ale musiałam się wstrzymać, żeby nie ujawnić tajnej wtedy informacji, że zagra w Łodzi. Trzy piosenki na kolorowej imprezie, niby nic. Ale takie nasze szczęście. Killers przed U2, to chyba najlepszy przykład. Kapele, które sprzedają miliony, mają numery jeden i przystojnych wokalistów przyjeżdżają do nas „przy okazji”. Można narzekać, a można złapać zapalenie płuc na Stadionie Śląskim. Lub ostatni pociąg do Łodzi.

Patrzę teraz na okładkę majowego brytyjskiego „Vogue’a”. Z tą okładką to długa historia. Najpierw mnie załamała, że my tu, nawet w tym fajnym piśmie – „Machinie”, które ma na okładce najfajniejszą kobietę świata w polskim stroju ludowym, która na lotnisku w najfajniejszym mieście świata tę okładkę podpisała, no więc, że my tu nigdy i nigdzie nie będziemy mieć takiej fajnej okładki. Zagmatwałam. Nowy akapit.

cfd8e6d8bc6c5d755491ab5c36029b1b

Na okładce tego „Vogue’a” jest Johnny. Jest siódmym facetem w dziewięćdziesięcioletniej historii magazynu, który dostąpił tego zaszczytu. Obok niego Natalia Vodianova, absolutny szczyt wśród modelek. Załamanie przyszło stąd, że my w Polsce mamy aktualnie aż dwie supermodelki, Belę i Rubik. Tyle, że wciąż nie ma nikogo, kto mógłby stanąć obok nich (może dlatego stanął Pałac Kultury, ha ha – przyp. z 2018, oczywiście). Nie ma w Polsce rock’n’rollowego chłopca, który byłby idolem, gwiazdą. Po pierwsze dlatego, że żaden z nich nie potrafi. Po drugie – nikt takiego chłopca tu nie chce. Nawet do bicia. A byłoby za co.

Że ma swojego stylistę. Że jest na ciągłej diecie – żeby dobrze śpiewać i jeszcze lepiej wyglądać. Że szumnie i głośno działa charytatywnie. Że kumpluje się z projektantami mody. Że podoba się sobie i chce podobać się innym. Że lubi mieć słynne dziewczyny. Wszystko to Johnny. Przypasujcie chociaż jeden punkt do kogoś na naszej scenie rockowej, alternatywnej, gitarowej. Znajdźcie tu kogoś, kto otwarcie powie: chcę sławy i uwielbienia. Kto przyzna, że w tym co robi jest najlepszy. Kto będzie chciał przebojów, milionów, stadionów.

U nas to takie obrzydliwe, pragnąć pieniędzy, zabawy, popularności, chcieć za pomocą tych środków być kimś – może nie lepszym – ale innym niż przeciętnym. Być gwiazdą, po prostu. W Polsce nie wypada. Nigdy tego nie rozumiałam. Jak o mnie chodzi, nie miałabym nic przeciwko, by było mnie stać na zakupy w Gucci tak, jak stać mnie w Zarze. By czytało mnie kilkaset tysięcy osób, a nie kilkadziesiąt. Ale u nas myśli się jakoś pokrętnie. Sfrustrowany, niespełniony równa się niszowy. A to już znaczy alternatywny i szanowany. No way. Na spotkanie z Johnnym ubieram drogą sukienkę i jestem z tego dumna.

Po pierwszej refleksji nad tą okładką, przyszła kolejna. To nie Johnny i Natalia powinni na niej się znaleźć, to powinni być Pete i Kate. Wcale nie dlatego, że mam słabość do tej pary. Tylko, jeśli na okładce brytyjskiego magazynu miałaby znaleźć się jakaś the it couple, to powinni być oni, tak jak w 2000 roku, czasach dużo bardziej popowych i glamour był to Robbie Williams z supermodelką Gisele. Dziś, w czasach, gdy wciąż modny jest rock’n’roll, kodeks zachowań oraz zawartość szafy najlepiej prezentuje para Moss/Doherty. Niby tak, ale nie do końca.

Pierwsza dziś zasada brytyjskiego rock’n’rolla brzmi: elegantly wasted. No i dziś szyk jest po stronie anielskiego Johnny’ego przytulającego się do Natalii – matki trójki dzieci, wzorowej żony. Nawet ta biel, jego sceniczna barwa ochronna, której jest wierny od kilkunastu miesięcy, jest jakąś czystą opozycją do niechlujnego, brudnego, zakrwawionego i posiniaczonego Doherty’ego. Pete jest ikoną, bohaterem, opium dla ludu, ale nie jest gwiazdą, bo coraz trudniej mieć coś na jego obronę. Nawet jego największa – obok Moss – wartość, talent, funkcjonuje już w kontekście czegoś utraconego, zmarnowanego. Korzysta na tym Johnny. W tym samym miesiącu zgarnął jeszcze jedną okładkę, brytyjskiego „Q”. Nie Arctic Monkeys. Oni mają pięciogwiazdkową recenzję numeru, tyle musi im wystarczyć. Borrell też dostał od „Q” pięć gwiazd. Wtedy ten entuzjazm magazynu przyjęto z niedowierzaniem. Dziś trzeba przyznać rację gazecie. (well… – przyp. z 2018)

„Razorlight”. Dziwna to płyta. Można mnożyć zarzuty, ale ciężko obronić teorię, że to zły album. Może zbyt popowy, zachowawczy, wygładzony, o niczym… Wszystko to prawda. Ale jest też prawdą, że co numer to przebój, co numer, to świetna piosenka. Wszystkie napisał on. Najlepsza z nich, „America” jest już klasykiem brytyjskiej muzyki. Nie cieszy mnie to, bo tego numeru szczerze nie znoszę. Nie zmienia to faktu, że sprawiedliwie przyznaję, że to absolutnie perfekcyjna pop piosenka.

Zdumiało mnie w wywiadzie sprzed kilkunastu dni, jak bardzo oni są z niej dumni. Mówią otwarcie – to najlepszy, najważniejszy utwór Razorlight. Próbowałam zadawać podchwytliwe pytania:

– Skoro waszym zdaniem to taki świetny numer, czemu nie promował płyty jako pierwszy?
– No bo chcieliśmy wrócić gitarowym kawałkiem. Wypadało przypomnieć się czymś takim jak „In The Morning”.

Tyle. Po co im było to trzymanie się gitarowych ideałów, już nie powiedzą. Dziś nie muszą się z tego tłumaczyć. Mają gdzieś „NME” i utraconą reputację „indie – czegoś tam”. Nie są już indie, nie chcą być. Wolą jechać na trasę z U2 i błyszczeć na Live8. Alternatywne środowiska i sporo londyńskich dzielnic ciągle ma im to za złe. To byli tacy trochę working class heroes, choć z middle class. Przyjaciele The Libertines. Kochankowie wspólnych dziewczyn. Lokatorzy tych samych mieszkań. Na dobre i na złe. Zakorzenieni w pejzażu „London movement”. Udokumentowali te miejsca i związki na fantastycznej płycie „Up All Night”. A potem zostawili to wszystko.

natalia-vodianova-razorlight-mario-testino-3-vogue-may07_b_1080x720

To nie oni zabili ideały, zrobiły to kłótnie Barata i Doherty’ego. Ale to Borrell pierwszy przytomnie zauważył, że ten statek nie żegluje w wymarzonym, recytowanym w poezjach Doherty’ego kierunku. Ten statek tonął. Ewakuował się jeszcze przed wydaniem „Razorlight”. Wydany pomiędzy singiel „Somewhere Else” był zapowiedzią zmian. Był też – wtedy – ich największym przebojem, numerem dwa. Lider sam przeprowadził stylistyczną rewolucję w zespole. Autorytarny skurczybyk, nie mylił się.

Zapamiętałam sobie ku przestrodze pewne zdanie. Dotyczyło ono Factory Andy’ego Warhola. Że niektórzy przyjechali tam w limuzynach, a odjechali stamtąd w karetkach. Borrell zmienił zasady. Zaczynał jako narkoman, którego na odwyk wysłał – życie pisze jednak najlepsze scenariusze – Pete Doherty. I od tego dna odbił się naprawdę wysoko. W każdym aspekcie. Chodzenia z Kirsten Dunst i częstej rotacji w radiu RMF. Okładki „Vogue’a” i sporej wzmianki w dzisiejszym „Super Expressie”. Jest elitarny i masowy jednocześnie. Innymi słowy – jest gwiazdą.

I myślę sobie, że wśród tych wszystkich milionów płyt, tysięcy funtów, setek wywiadów, dziesiątek okładek, a może raczej wbrew tym milionom, tysiącom, setkom…, Johnny jest jedną z najbardziej rock’n’rollowych postaci tej branży. Jest tym, kim chciał być. Żyje tak, jak chciał żyć. Robi to, co chciał robić. Bez oglądania się na innych. Bez niepotrzebnych „przepraszam” i „proszę”. Przychodzi wam do głowy coś bardziej rock’n’rollowego?

„British Vogue”, maj 2007. Fot: Mario Testino.

6 thoughts on “Znalezione.

  • 05/03/2018 at 18:05
    Permalink

    Swoją drogą ciekawe co też porabia Pete Doherty :)
    Pozdrawiam!

    Reply
    • 05/03/2018 at 18:05
      Permalink

      Gra z The libs!

      Reply
  • 06/03/2018 at 16:27
    Permalink

    Kocham ten tekst, może dlatego że wciąż kocham rok 2007 i był on w jakiś sposób zupełnie wyjątkowy, no i może z sentymentem wracam choćby do tej ikonicznej pary Pete&Kate

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *