Lou Doillon wraca.

W najbliższy piątek, 21 sierpnia, zagram po raz pierwszy muzykę z nowej płyty Lou Doillon. Album „Lay Low” ukazuje się 9 października. Promująca go piosenka „Where To Start” zadebiutuje na ogólnopolskiej antenie chwilę po 22.00.

To właśnie w tym paśmie, w piątkowy wieczór, dwa lata temu we wrześniu zaprezentowałam mój pierwszy wywiad z Lou. Zapis lipcowego paryskiego spotkania, popołudnia idealnego, bo Lou to rozmówca – marzenie, otwarta, gadatliwa, szczera, delikatnie neurotyczna i maksymalnie urocza. Sypnęło po tej audycji mailami, że udało się przemycić osobowość tej dziewczyny, pokazać ją w słowach. Że było to uzupełnienie, wyjaśnienie jej debiutanckiej płyty „Places”.

Mam do tego albumu duży sentyment. Pamiętam leniwy paryski poranek, gdy usłyszałam po raz pierwszy „I.C.U”, jej pierwszą singlową piosenkę. I dzień, kiedy zagrałam ją po raz pierwszy w radiu. A później była cała płyta, smutna, refleksyjna, dość zaskakująca, bo autorka to w końcu roześmiana, piękna, brylująca na paryskich salonach dziewczyna. Zakochałam się w tym albumie od pierwszego przesłuchania. Niedawno żartowałyśmy, że po raz pierwszy rozmawiamy obie szczęśliwie zakochane. Wcześniej raczej wymieniałyśmy się ponurymi potakiwaniami. Bo „Places” to właśnie idealna ścieżka dźwiękowa niewesołych sercu myśli.

„Lay Low” to nowa historia. Lou nie jest inna, pewnych dziewczyn nie sposób zmienić, ale słychać, jak bardzo dziś pewna siebie, nawet jeśli wciąż pełna niewiadomych. „Places” było pięknym eksperymentem. Kolejną próbą znalezienia swojego miejsca w świecie. W świecie sukcesów słynnej francuskiej rodziny, trójkąta nazwisk Birkin – Gainsbourg – Doillon. Próbą wreszcie udaną. Płyta odniosła sukces – komercyjny i artystyczny, Lou przestała być podziwiana i krytykowana za sławę, urodę, pieniądze i nicnierobienie, zaczęła być szanowana za swoją wrażliwość i piosenki. W takich warunkach powstawał nowy album „Lay Low”. Rozmawiałyśmy o nim niedawno.

Zaczęła Lou.

Jestem bardzo ciekawa, jak ta płyta zostanie przyjęta. Dla mnie jest jak dziecko, które puszczam wolno w świat. Nie jest już moje, zresztą – po całej pracy nad tym albumem, mam już tego dziecka serdecznie dość (śmiech). Teraz zagości w domach, sercach i umysłach innych ludzi. Nie mogę się doczekać.

Mówi się, że na stworzenie debiutanckiego dzieła ma się całe życie. Nie spieszyłaś się z wydaniem pierwszej płyty, był to twój prezent na trzydzieste urodziny. Jak jest za drugim razem, już łatwiej?

To coś innego. Straciłam niewinność. Stworzyłam więc sobie nową. „Niewinność drugiego albumu”, bo nigdy przecież tego nie robiłam. Czułam pokusę, by wmawiać sobie, że nic się nie zmienia, że wszystko jest tak, jak przy pierwszej płycie. Ale nie jest. Musiałam być szczera. Ta wierność sobie jest tak dla mnie ważna, to moja obsesja. To w końcu z sobą spędzam całe moje życie. I siebie staram się nie okłamywać. Więc tak, początkowo udawałam, że nic się nie zmieniło. Ale to nie jest prawda. Dość szybko dotarło do mnie, że tak naprawdę to ja jestem w niezłych tarapatach, bo zaczynają mnie nękać te wszystkie pytania: Czy jesteś prawdziwym muzykiem, czy to naprawdę twoja praca… Co to znaczy, być muzykiem? Czy kompozytorem, jakie płyną z tego powinności… Szukanie odpowiedzi było dość przerażającym procesem.

Jak cię znam, katowałaś sie tymi myślami.

Ochronił mnie instynkt. Podświadomie dotarło do mnie, że muszę wyjechać. Do Kanady, do kogoś, kogo podziwiam, kto wiem, że niczego mi przy tej płycie nie ułatwi. To była świetna decyzja, nie szukać łatwych rozwiązań. Płyta „Places” zrobiła ze mnie we Francji całkiem słynną i szanowaną osobę. Ale z tym wiąże się pewna odpowiedzialność. Dlatego zwiałam do kraju, który aż tak się mną nie przejmuje (śmiech). A moi muzycy, z zespołu Timber Timbre, pochodzą z Toronto, nigdy nie słyszeli o mojej słynnej rodzinie. Ani o mnie, szczerze mówiąc. Taylor, z którym robiłam tę płytę, był dla mnie surowy. I nic sobie nie robił ze wszystkich moich wymówek. To zrobiło pracę nad tą płytą dość skomplikowaną, ale w cudowny sposób i bardzo jestem mu za to wdzięczna.

W Kanadzie zostawiłaś za sobą nazwisko, ale i oczekiwania i presję. Co dostałaś w zamian?

Dzięki tej współpracy w mojej głowie zadomowiły się muzyczne problemy. Nie wizerunkowe, nie związane z moim ego, nie wszystkie te: „Co powiedzą o mnie ludzie”, to wszystko zostało w Paryżu. W Kanadzie była zupełnie inna walka. Było minus dwadzieścia stopni, a nas obchodziła tylko muzyka. Byłam przerażona, udawałam przed nim że jestem lepszym muzykiem niż w rzeczywistości. Ale dlatego było to tak wspaniałe doświadczenie, bo tak rozwijające. A nauczyłam się przy okazji tej płyty wielu rzeczy. Bardzo jestem szczęśliwa, że nic nie było takie, jak przy debiucie. O to przecież chodzi w życiu, o to, by się zmieniać.

Pamiętam osoby debiutu. Mama, pierwsza wtajemniczona, że piszesz piosenki. Etienne Daho, twój producent, który w nie uwierzył bardziej niż ktokolwiek inny. Tym razem wystarczyła ci Lou i pewność, że to jest dobre?

Pracując nad „Places”, miałam kontrolę nad kreatywną stroną. To ja napisałam te piosenki, to ja je zaśpiewałam. Ale zarazem był to tak przytłaczający mnie proces, że pozwoliłam by Etienne Daho – producent albumu – przejął nad nim kontrolę. I całe szczęście, że to zrobił! Bo wiedziałam, że jest kimś, kto nigdy nie nadużyje swojej władzy. Miał do moich piosenek więcej szacunku niż ja miałam. Na „Lay Low” decydowałam ja. I prace nad tą płytą mogły trwać jeszcze z dziesięć lat. Na szczęście dotarło do mnie, że ja już lepsza na tej płycie nie będę. Że jeśli będę ją ciągle ulepszać, to nie będę już ja, to będzie ktoś inny. Ktoś, kim być może chciałabym być. Ktoś, kogo rolą jest zadawalać innych ludzi. Przyszedł w końcu ten poranek trudnej decyzji. Gdy powiedziałam: Już, płyta jest gotowa. Musiałam przekonać do tego wszystkich wokół mnie. Kiedy jesteś tak delikatna, tak targana wątpliwościami, przelewasz te uczucia na innych. Stąd mój zespół, ludzie z wytwórni, wszyscy tracili tę pewność. Bo ja byłam przerażona. I oni zaczęli też być. Lider nie powinien okazywać słabości. W końcu zrozumiałam, że zatruwam moją paniką wszystko wokół. Wreszcie przyszedł ten dzień, sześćdziesiąta wizyta w studiu nagraniowym, słuchałam tych piosenek po raz setny i pomyślałam: Dość. To lepsze nie będzie. Jest w tym całe moje serce. Teraz czas rozbierać te piosenki. To proces dobrze mi znany z rysowania. Sztuka polega na tym, że wiesz, kiedy przestać. Zapełnianie kolejnych przestrzeni może być bardzo niebezpieczne. Oparłam się tej pokusie dodawania nowych rzeczy, chroniło mnie przed nią przerażenie, że będę na tej płycie kimś innym, nie sobą.

Kiedy słuchałam „Lay Low” po raz pierwszy i robiłam chaotyczne notatki, ciągle wracały te słowa: organiczny, naturalny…

Jest na nowej płycie piosenka, w której słychać zatrzaskujące się drzwi, to Taylor wszedł do studia. Po tygodniu przesłuchiwaliśmy nagrania i wyłapaliśmy to. Wycięto to, jako błąd, brud. A ja zaczęłam powtarzać, jak jakaś psychopatka: Proszę, zostawmy drzwi, proszę, zostawmy drzwi. Myślę, że było w tym coś bardzo autentycznego.

I myślałam też o tym, że to inna płyta niż „Places”, ale nie rewolucyjnie czy sztucznie.

Wiedziałam, że ten drugi album nie ma być wyrazem braku szacunku dla tych, którzy pokochali ten pierwszy. To nie miało być odcięcie. Wiem, że ludzie z wytwórni byli zmartwieni, że tyle rzeczy chcę za drugim razem zrobić inaczej. Strasznie mnie to wkurzało, jak oni śmieli myśleć, że ja bym o tych wszystkich osobach, kupujących moje płyty, przychodzących na moje koncerty, mogła zapomnieć. Dzięki nim za mną trzy najlepsze lata mojego życia. Uwielbiam pisać piosenki, nagrywać albumy, ale nic nie może się równać z występowaniem na scenie. Tam jest wszystko, przerażenie, ekscytacja, adoracja, tyle wyzwań, tyle radości. Może na tym polega prawdziwa różnica między moją pierwszą i drugą płytą. Że gdzieś między nimi zakosztowałam po raz pierwszy doświadczenia występu przed publicznością. Kto wie, może słychać to w mojej nowej muzyce? Jest w niej coś chaotycznego, coś nieokiełznanego. Jest cała „analogique”, nagrana na starym sprzęcie. Chciałam, żeby ludzie słyszeli, co tam się naprawdę działo.

Czy to naprawdę tak proste, że czas między albumami, to czas, o którym opowiadają piosenki na nowej płycie?

Różnie. Niektóre z nich napisałam podczas trasy koncertowej. To było wspaniałe doświadczenie, co wieczór coś innego, coś nowego. Bałam się tego, byłam przekonana, że po trzydziestu koncertach będę już zmęczona śpiewaniem co wieczór tych samych piosenek. Ale nie, byłam tym zachwycona. Niektóre nowe utwory powstały chwilę po tym, jak skończyłam nagrywać debiutancką płytę. To zabawny mechanizm, gdy coś się kończy, wtedy przychodzą ci do głowy najlepsze pomysły. Kiedy piszę, czuję się uwięziona gdzieś między muzyką country i bluesem – czyli przekonaniem, że możesz pisać tylko o tym, co przeżyłeś, bo tylko tam jest ta ‚prawdziwa prawda’. Ale czy to na pewno prawda? Sami o sobie lubimy myśleć inaczej, niż w rzeczywistości. A skupianie się na tym, co nas wyróżnia prowadzi tylko do zdumiewającego wniosku, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy bardzo podobni. Lubię pisać o tym, co w życiu mi nie wyszło. Mam wrażenie, że to w tym odnajdują się ludzie, dużo lepiej niż w słuchaniu o momentach mojej chwały. Raz, że to wcale nie takie wielkie sukcesy, a dwa, że to jednak jest jakaś fantazja. Nasze upadki nigdy nie są fantazją, to brutalna rzeczywistość. Łączy nas strach, świat w którym żyjemy, tu i teraz. Stąd to moje pisanie jednocześnie jest bardzo osobiste i jakoś w tym uniwersalne.

„Lay Low”, tak zatytułowałaś swoją nową płytę. Ty, duch niespokojny, wybierasz słowa wycofania i uspokojenia, jako te, które najlepiej opisują cię dziś…

To może znaczyć tak wiele rzeczy… To może być jakaś ucieczka, skrywam sie gdzieś w spokoju, ale znaczy to też ‚Zamknij się!’, co w kontekście płyty jest zabawne.

Pierwsza odsłona „Lay Low” w najbliższy piątek o 22.05. Zapraszam.

ps. Tym wpisem zaczynamy przygodę z Lou i jej nową muzyką. Ciąg dalszy nastąpi, także w kontekscie modowym. Tu wykorzystałam zdjęcia z sesji dla tureckiego ‚Vogue’ (listopad 2013, fot: Serge Leblon) oraz film zrealizowany dla domu mody Givenchy.

8 thoughts on “Lou Doillon wraca.

  • 19/08/2015 at 18:00
    Permalink

    Pamiętam dobrze Pani pierwszy wywiad z LD. Aby nic mnie nie ominęło na czas przejścia z samochodu do domu włączyłem radio w telefonie. To po tej rozmowie stałem się stałym słuchaczem Pani audycji. Po przesłuchaniu nowego clipu LD ponownie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest tu jakiś klimat nasuwający skojarzenie z Marianne Faithfull, tym razem z mrocznym Prologiem z „A secret life”. Zastanawiam się czego bardziej wyczekuję: koncertu Marianne w Gdańsku czy Pani wywiadu z nią? … Chyba jednak wywiadu.
    Pozdrawiam gorąco.

    Reply
  • 19/08/2015 at 20:37
    Permalink

    Lou poznałam dzięki Pani, kiedyś nocą w Atelier. Już zacieram ręce (uszy?) na jej nowy album. To będzie piękna jesień :)

    Reply
  • 19/08/2015 at 21:24
    Permalink

    Tyle nowej muzyki odkryłam dzięki Pani i Atelier. Lou to jedno z tych odkryć. Dziękuję!!!

    Reply
  • 08/09/2015 at 21:48
    Permalink

    Dawno nie czekałam tak na płytę jak czekam na „Lay Low” (chyba ostatnio było to „Ceremonials”). Jest coś takiego w drugich płytach, że jeśli ta pierwsza zajmie szczególne miejsce w życiu (jak miałam z „Places”, a wcześniej z „Lungs”) to pozostaje dość duży niedosyt i ogromne oczekiwanie na kolejną. Podsumowując z niecierpliwością czekam na premierę i ogromnie dziękuję, że nauczyła mnie Pani słuchać Lou (nie tylko jej, ale to pewnie wątek na inne wynaturzanie się). Właśnie skończyłam wywiad z Viva Mody i o ile po tym blogowym, został mi duży niedosyt, to swoisty dla mnie ciąg dalszy w wersji papierowej jest prawdziwym majstersztykiem, a opowieść o babci i porównanie do tranzwestyty. to moję ulubione fragmenty, naprawdę świetnie się go czyta. I tak zupełnie na koniec tego mojego chaotycznego dość „listu do redakcji”, naszła mnie refleksja, że chyba darzę gazety takim samym szacunkiem jak książki (konflikt książka vs ebook, analogicznie do dziennikarstwo internetowe vs papierowe), wolę pomacać, przekartkować, powąchać papier, a potem z namaszczeniem położyć na półce, właśnie ta Viva Moda mnie w tym utwierdziła (swoją drogą do tej pory nie znalazłam w zawartości swojego pokoju Machiny z okładką Kate raz na ludowo). Co oczywiście nie znaczy, że nie czekam na kolejne blogowe wpisy, bo czekam z niecierpliwością.
    Pozdrawiam najserdeczniej.

    Reply
  • 14/09/2015 at 18:10
    Permalink

    Pani Aniu, jest blog (świetny!), jest fanpage – bliżej czytelników. A czy będzie Instagram, na którym będziemy mogli podejrzeć Pani płyty, magazyny, czy codzienność radiową – a nawet więcej mody w wydaniu Anny Gacek? To byłoby coś :)

    Reply
  • 13/03/2016 at 22:57
    Permalink

    Była Pani na koncercie w Proximie?

    Reply
  • 14/03/2016 at 18:08
    Permalink

    Myślę, że to dzięki Pani większość z nas była na tym koncercie. I chociaż było to magiczne spotkanie z Lou i jej niezwykłą osobowością, muzykalnością i wdziękiem, jej piosenkami i wspaniałymi muzykami, to Pani należą się największe podziękowania, bo to Pani zaraziła nas – trójkosłuchaczy tą muzyką. Wielkie dzięki i pozdrowienia :)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *