Adele „25”. Recenzja.

Dziś premiera jednej z najbardziej oczekiwanych płyt ostatnich lat, nowej płyty Adele. Z tej okazji mój blog nie patrzy, a słucha. I zapowiada ciąg dalszy – dziś o nowej muzyce Adele, a niedługo o jej spektakularnej metamorfozie, bo dziewczyna ma może rozczarowującą nową płytę, ale w temacie stylu same strzały w środek tarczy. Niedługo więcej, tymczasem zapraszam do lektury i dzielenia się swoimi wrażeniami po przesłuchaniu płyty „25”!

Ogień rozpala me serce. Od tego wyznania rozpoczyna się – to pierwsze słowa albumu – 21, wydawnictwo, które ma w domach ponad trzydzieści milionów ludzi. Od teraz znane oficjalnie jako przedostania płyta Adele. Dziś, prawie pięć lat później, premiera 25, następcy najlepiej sprzedającego się albumu tej dekady. 25 to płyta wyczekana, dyskutowana, ważna. To płyta kogoś, kogo podane w pięknej formie emocje przemówiły do milionów. To jest odpowiedzialność, wyzwanie, znów się z nimi skomunikować. Nieobecność sprawia, że miłość kwitnie. Adele dała od siebie odpocząć, pozwoliła zatęsknić. I, niestety, gdzieś po drodze zgasiła ten ogień.

Rolling in the Deep, początek płyty 21 i pierwszy singiel ją promujący, to był, pozostaje nim zresztą, majstersztyk. To podanie złamanego serca w najszlachetniejszy sposób – przetrwam. Bo nikt złamany bólem, niemy w depresji nie wydobyłby z siebie tego ognia interpretacji. Od spokojnych zwrotek po potężny refren, przez to niepokojące: Będziesz jeszcze żałował, że mnie poznałeś, widać dziewczynę zranioną, ale z charakterem. Ślad tej miłości odbija się na całej płycie 21, ale nigdy nie nuży. Gdy koi łagodnym Lovesong, porywa finałem Set Fire to the Rain, wzrusza Someone Like You czy buja Rumour Has It, zawsze przypomina, że jest piosenka, ale jest też człowiek i jego emocje. W tym tkwi tajemnica sukcesu 21. Być może nikt z nas nie potrafi zaśpiewać tych piosenek tak jak ona. Ale każdy wie o czym one są.

 

 

W tym sensie Adele nie zawodzi, pozostaje szczera. Cześć, to ja. Chciałbyś się zobaczyć, minęło trochę czasu…, to pierwsze słowa nowego albumu i, znów, pierwszego singla z nowej płyty. Adele wraca, oczekiwana niecierpliwie, po miesiącach doniesień, często sprzecznych, dotyczących jej nowej muzyki. To właśnie ten fragment piosenki Hello, wycięty i wyemitowany w czasie przerwy reklamowej brytyjskiego X Factor okazał się pierwszą prawdziwą zapowiedzią płyty. Bez dodatkowych zabiegów, bez słowa „Adele” nawet. Nie trzeba. Tak jak nie potrzebuje – jak Madonna, Prince czy Beyonce – nazwiska, tak nie musi się martwić, że ktoś od razu nie pozna jej głosu. Bez dwóch zdań jednego z najpiękniejszych we współczesnej muzyce pop.

Miesiąc temu ujawniła całą piosenkę Hello, bijąc przy tym wszystkie rekordy, ściągnięć i odtworzeń. Skrojona na miarę, idealna w kompozycji ballada ma wszystkie cechy przeboju, piosenki, którą wraca się po to, by odnieść jeszcze większy sukces. To utwór na niego skazany. Gdy pierwszy raz wchodzi to śpiewane jej potężnym głosem: Cześć z drugiej strony, sprawa jest jasna, ta piosenka nie ma prawa się nie spodobać, nie porwać tłumów. Tyle że po drugim, trzecim odtworzeniu okazuje się, że w tej perfekcji nie ma jednej skazy, która mogłaby zaintrygować, czy zainteresować. To piosenka tak dobra, że aż podejrzana. Jest w niej coś takiego, co sprawia, że pojawiają się uporczywe myśli o sztabie ludzi pochylonych nad nią, w procesie pisania, nagrania, produkcji, niczym grono mistrzów krawiectwa skupionych nad misterną kreacją haute couture. I podobnie jak haute couture wymaga miesięcy pracy, a efekt nie ma nic wspólnego z zarzuconym w pośpiechu, nonszalanckim t-shirtem i dżinsami, tak samo trudno uwierzyć, że Hello to piosenka, która powstała w sali prób, gdzieś między gryzem pizzy, kolejną butelką wina, papierosem i kilkoma sprośnymi żartami. A nawet jeśli trudno dziś o coś takiego podejrzewać Adele, która bardzo o siebie w ostatnich latach zadbała, Hello wciąż nie brzmi jak piosenka, którą napisała przy kuchennym stole, w skromności i prostocie wylania z siebie pewnych emocji. To zresztą myśl towarzysząca wszystkim piosenkom z 25. Że brzmią jak napisane za biurkiem, a nie przy stole, jeśli to ma sens.

 

 

Trudno współczuć milionerom, ale nie ma jej czego zazdrościć. Przeskoczenie artystycznego i komercyjnego sukcesu 21 jest wyzwaniem wielkim, gdyby jej się udało, dokonałaby rzeczy w muzyce dotąd niespotykanej. O ile wynik 25 jest jeszcze tajemnicą, chociaż wiadomo już, że w pierwszym tygodniu przekroczy dwa miliony sprzedanych egzemplarzy, porównując te płyty można już śmiało stwierdzić, że pozycja 21 jest niezagrożona. A autorkę dopadły wszystkie przekleństwa mierzenia się z następcą wielkiego dzieła. Po pierwsze, nie jest tak nieszczęśliwa – i zainspirowana – jak była, gdy pisała piosenki na poprzednią płytę, Wtedy po toksycznym związku i bolesnym rozstaniu, dziś zakochana w życiowym partnerze, a przede wszystkim w swoim dziecku. Po drugie, o ile trudno mówić o Adele, gdy wydawała poprzednią płytę, że była kimś anonimowym, wszak jej debiut, 19, świetnie sobie poradził, ma się to nijak do jej obecnego statusu. Jak dowiedzieliśmy sie po lekturze Rolling Stone każdemu jej wyjściu towarzyszy ochroniarz. Domy zrobiły się wielkie, samoloty prywatne, a ubrania drogie. To nie jest najlepszy punkt wyjścia, jeśli mierzy się w rzucenie kolejnej nici porozumienia z milionami fanów. Adele uparcie podkreśla w wywiadach, że sukces jej nie zmienił, a pieniądze nie robią na niej żadnego wrażenia. Dziewczyno, jeśli nawet trampki masz od Saint Laurent, czas na nową strategię.

Nie chcąc czerpać zbyt wiele z teraźniejszości, bo to nie jest płyta szczęśliwej kochanki i matki, kobiety sukcesu, Adele musiała znaleźć pomysł na 25. I jest nim właśnie ta liczba, ćwierć wieku, wejście w dorosłość. We ain’t kids no more, śpiewa w drugiej piosence na płycie. Tyle, że z tych spostrzeżeń niewiele właściwie wynika. Od starej miłości i zagojonych ran Send My Love (To Your New Lover) po radość i spełnienie Sweetest Devotion to teoretycznie podróż przez ostatnie lata życia artystki – od zmierzchu do świtu. Problem polega na tym, że odcinając w tekstach prawdziwe zdarzenia ze swojego życia: radość i rewolucję macierzyństwa, nową miłość, tworzenie domu i rodziny, ale też potężny stres i lęk towarzyszące występom na żywo, problemy z głosem i obawy z tym związane, presję sukcesu, świat luksusu, cokolwiek, co sprawia, że jest ciekawa, bo inna niż wszyscy. Żyje wyjątkowym, dostępnym nielicznym życiem i zaprzeczanie temu nie sprawi, że będzie inaczej. Ale to tematy tabu. Wybrała inaczej.

Adele-wpis

25 w tekstach. Spotkanie z duchami przeszłości. W atmosferze wybaczenia i pogodzenia. To pierwsze dwie piosenki. W trzeciej wkrada się teraźniejszość, cielesność, miłość fizyczna, namiętna, nieprzyzwoita. Kolejny utwór – i znów wspomnienia, tęsknota. Pojawiają się pierwsze myśli – jak na kogoś z tak wspaniałym „teraz”, zaskakująco często wraca do „wtedy”. Piąta piosenka to powrót do dziś, Adele zapewnia że jej miłość jest lekarstwem na wszystko. Domyślam się, że to jedna z takich piosenek, do których na koncertach przytulają się pary. Ale raczej te z kiepskim gustem. Kolejne trzy utwory, znów o miłości, tym razem niepewnej, dynamicznej, trudnej, ale pełnej oddania i nadziei, chociaż niepozbawionej lęku, okrucieństwa i mrocznych stron. W jednym z nich śpiewa: Muszę się nauczyć wyluzować i być młodą. Trudno uwierzyć, że autorka tych piosenek ma tylko dwadzieścia pięć lat (Adele ma dziś lat 27, tytuły płyt odnoszą się do lat, gdy piosenki pisała). Nie dlatego, że są tak mądre czy dojrzałe. Są pozbawione wszelkich oznak młodości. Szaleństwa, nieodpowiedzialności, głupot, ale też dzikiej radości, spontaniczności, radości odkryć i smaku pierwszego. Adult contemporary, tak mówi się o tym gatunku bezbolesnej muzyki pop. Dla dojrzałego słuchacza. Bo to nie jest młoda muzyka. Zresztą, sama autorka śpiewa o tym w kolejnej piosence. Chciałabym jeszcze poszaleć, patrzeć w niebo, a nie pod nogi.

Coś jest w Million Years Ago co sprawia, że wierzymy jej trochę bardziej. Gdy śpiewa o tym, że tęskni za swobodą, przyjaciółmi, mamą i imprezami, jakich już nie będzie, mamy wreszcie Adele z Londynu, córeczkę mamusi, trochę nieokrzesaną, spontaniczną, wygadaną i wyluzowaną. Będzie coraz trudniej o tym pamiętać, ale tak, taką ją poznaliśmy w 2008 roku. I już, w tej tęsknocie dotarliśmy do słodko – gorzkiego finału. Przedostatnia piosenka płyty to zapis miłości kruchej, kończącej się, pięknie, by było co wspominać. A ostatnia jest o miłości, która nie skończy się nigdy, miłości matki. I tak właśnie, utworem pełnym oddania i zachwytu kończy się album Adele. Podsumowując: Miłość czasem jest dobra, czasem jest zła, czasem ranię ja, czasem ranisz ty. Kocham i wybaczam, czekam i tęsknię, wiem, że nie będzie trwała wiecznie, ale teraz jesteś, tu, pośród duchów przeszłości, o których myślę, bo chciałabym być bardziej wyluzowana, ale nie jestem. A, i między to wrzuciłam dużo metafor, rzeki i oceany płyną strumieniami.

Ale to nie teksty są największą słabością 25. W końcu nikt nie oczekuje od muzyki pop wielkiej literatury. Problemem są same piosenki. Żeby była jasność, wszystkie wspaniałe. Na każdej z nich można uczyć się jak perfekcyjnie komponować utwór przyjazny radiu i słuchaczowi. To jest jakaś sztuka, to jest kunszt, trzeba to docenić. Na 25 jest jedenaście perfekcyjnych piosenek pop. I wszystkie nudne, co do jednej. Nie lubię powoływać się na innych recenzentów, ale coś jest na rzeczy w tekście z New Musical Express. Podany tam przykład Fleetwood Mac daje do myślenia. Grupa po gigantycznym sukcesie płyty Rumours (czterdzieści milionów sprzedanych płyt) nagrała trudną, dziwną, ambitną Tusk i by już zupełnie pogrzebać jej komercyjne szanse, wydali ją na dwóch płytach. Jakby sukces Rumours ich uwolnił – teraz możemy wszystko. Sukces 21 Adele zniewolił – jej nowa płyta jest albumem kogoś, kto za wszelką cenę chce, by ten sen trwał.

Stąd zaproszeni współpracownicy. Gdyby podliczyć nakłady wszystkich produkcji, w jakich dotąd uczestniczyli, uzbierałoby się tego z ponad sto milionów. Elita. Współpracownicy Florence Welch, Lily Allen, Beyonce, Lany del Rey, Taylor Swift, Pink, Katy Perry, Madonny i wielu, wielu innych. Who’s who dzisiejszej muzyki pop. Nie brzmi to jak płyta od serca, prawda? I tak też nie brzmią te piosenki. Są tak bezpieczne, tak poprawne, nie zaryzykowała w żadnej z nich. Tak, czasem mierzy się z bardziej nowoczesną produkcją, ale wtedy brzmi jak Jessie Ware z lepszym głosem (Water Under The Bridge), czy każda inna ze współczesnych wokalistek. Spokojnie potrafię sobie wyobrazić I Miss You, najlepszą piosenkę na płycie, zaśpiewaną przez Florence, bo to kompozycja jej współpracownika, Paula Epwortha. To dość fascynujące, takie pieniądze poszły na tę płytę, miliony funtów, a żadna z tych piosenek nie brzmi jak napisana specjalnie dla Adele… Może zadziałała słuszna myśl, że z takim głosem, każda zaśpiewana przez nią piosenka natychmiast jest jej.

 

 

Oczywiście, miejsc by się wykazać nie zabrakło. When We Were Young, Hello czy All I Ask pokazują jej wspaniały głos. Ale to nie jest dość, tym nie przechodzi się do historii, bo gdyby tak było, pamiętalibyśmy wielu – często ogromnie utalentowanych – uczestników talent shows. Interpretatorów, nie artystów. Adele sama zgotowała sobie ten los. Śpiewając tak bezbarwne, tak banalne piosenki, zredukowała się do kogoś, kto perfekcyjnie je odtwarza. Ale co tak naprawdę jest tu jej? Może tylko pragnienie kolejnych milionów dolarów i tej przygody ze sławą i statusem. To też jest możliwe. Z pewnością na to zaprogramowana jest ta płyta. Skazana na sukces, wielki. Ale inny. Znam ja, znacie i wy, osoby, o których nigdy byście nie powiedzieli, że to może być „ich” muzyka. Ale jednak zapytani, powiedzieliby, że Lubią Adele. Z tą płytą będzie trudniej, bo tu już wkrada się myśl „obciach”, nieobecna na tamtym albumie. 21 to po prostu świetna płyta, gatunek jest tu drugorzędną kategorią. A 25 to tylko świetny pop.

Life begins outside your comfort zone. Jest opcja, że dobre płyty też.

11 thoughts on “Adele „25”. Recenzja.

  • 21/11/2015 at 01:24
    Permalink

    Nie jestem fanką Adele, i Jej myzyki, ale przyznać muszę, że „21” miało pazur. O „25” tego samego powiedzieć się nie da. Nudą powiewa, monotonią czuć na kilometr, i to od pierwszego odsłuchania.

    Reply
  • 21/11/2015 at 10:17
    Permalink

    Nudna płyta jak cholera, ale „When we were young” ma swoją siłę, nie wiem, czemu kupiłam tę płytę niemal w ciemno, nie powinnam, nasuwa się to co kiedyś napisałaś o Florence, Aniu, to co idealne jest dalekie od człowieczeństwa. Bardzo ładna recenzja, pozdrowienia

    Reply
  • 22/11/2015 at 06:03
    Permalink

    Glos niepowtarzalny,fantastyczny ale piosenka nudna.Z Drogi Mlecznej stala sie gwiazdä. Poprawna do bölu.

    Reply
  • 23/11/2015 at 13:07
    Permalink

    Od piątku słucham i słucham i czekam, że tak w 100% do mnie „przemówi”, ale na razie jednak nie. Daję jej jednak dalej szansę!

    Reply
  • 23/11/2015 at 17:15
    Permalink

    Nie wiem czemu w Polsce jesteśmy takimi małodusznymi psełdo intelektualistami recenzja Pani Gacek to popis znajomości języka angielskiego i ale na muzyce to Pani się nie zna i naprawdę wolę słuchać Adele niż Pana Szpaka czy Podsiadło . Proponuję mniej tego zadętego psełdo intelektualnego bełkotu a więcej pokory wobec wielkich artystów

    Reply
  • 06/12/2015 at 21:32
    Permalink

    Podczas czytania tej recenzji z każdym kolejnym zdaniem w mojej głowie układały się myśli, które od pierwszego przesłuchania 25 się w niej kłębiły. Niestety, zgadzam się z każdym słowem tu napisanym, a boli to bardzo….

    Reply
  • 21/12/2015 at 01:31
    Permalink

    Na początku oburzyłam się ciut tą recenzją, ale przyznaję, że przesłuchałam tylko 2 pieśni. Po przesłuchaniu reszty, mimo przekonywania siebie, że cos w tym musi być, niestety, musze się zgodzić… Pierwsze co mi przyszło do głowy: „Adelka się starzeje… :-(„

    Reply
  • 30/12/2015 at 21:00
    Permalink

    Płyty nie słuchałem ale ten koncercik wiele mówi: Adelka Live jest Mega!
    Adele- Live – Radio City Music Hall, New York City 14-12-2015

    Reply
  • 16/02/2016 at 10:12
    Permalink

    Czytałam już kilka recenzji „25”, ale żadna nie zdemaskowała tego albumu tak jak Twoja. Nazwałaś to co czułam słuchając go, głównie fakt, że zawartość jest piękna, ale niestety pusta przez brak autentyczności. Ta muzyka nie zdoła chwycić za serce tak jak „19”, a tym bardziej „21”. I ta maksyma na koniec! Powierzchowny perfekcjonizm tej płyty pokazuje właśnie uporczywą chęć zmieszczenia się w strefie komfortu, jakże daleko od głosu serca artysty.

    Reply
  • 03/03/2016 at 20:47
    Permalink

    Znakomity album. Poczekajcie kilka dobrych lat, poczekajcie na słabsze płyty. Wtedy nie zdziwią Was najwyższe noty dla „21” i „25” w prasowych „wkładkach”. Na naszych oczach wychodzą wielkie krążki, cieszmy się. Są zwolennicy perfekcjonizmu (Gabriel, Bush), są zwolennicy spontaniczności (White). Wielu taka właśnie forma nowej płyty Adele ucieszy. Bo cieszą nas nierzadko odmienne rzeczy, każdy oczekuje czegoś innego, czegoś dla siebie. Muzyka to nie sport. Ideologicznie też raczę jej nie rozpatrywać. Cztery lata temu podniosła sobie poprzeczkę. Teraz mogła ją przeskoczyć, wznieść się wykręcona wiatrem, lub paść plackiem już w biegu. Obyło się bez sińców, a Wy niezadowoleni. Artyzm wciąż odróżnia ją od wymienionych w powyższym tekście piosenkarek. Nie umniejszajcie proszę wkładu i zaangażowania Brytyjki w swoją pracę (i pasję, jak sądzę). Tego chciała. To pop, lecz nie ten sam pop. Zresztą popem by już nie było, gdyby nie kolosalny sukces. Do cholery, słuchają jej wszyscy, bez gołego tyłka i tamtejszych piorunów. I to w czasach streamingu, w których wg dziennikarzy tradycyjna forma albumu już się nie liczy… Znakomity album, raz jeszcze.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *