Gala w MET cz. 1 – ładne.

Zacznijmy ten nierówny pojedynek setek przygotowywanych miesiącami kreacji i stylizacji ze znudzonym okiem. Po kilku latach medialnego szaleństwa wokół corocznej imprezy otwierającej wystawę poświęconą modzie w nowojorskim MET, po wszystkich nagłówkach: „wielkie święto mody”, „najważniejsza noc w roku”, „parada stylu”, po nadmuchaniu bańki, że to wielki hołd złożony wielkiej modzie, czerwony dywan marzeń, ostatnie miejsce, gdzie kreacja wygrywa z komercją, po stworzeniu imprezy, która wdarła się do czołówki „hot tickets”, najbardziej pożądanych zaproszeń, najbardziej prestiżowej gali, wszystko naj, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – zrobiono z tego potwora. Wielką machinę służącą promocji. Ale nie, nie tak szlachetnej jak zakładano. Projektantów, domów mody, wielkiej sztuki (i historii) mody. Raczej gwiazd, gwiazdek, Anny Wintour i redakcji „Vogue”. A wiadomo, co zrobi się w imię nagłówków i ‚trendingu’ na Twitterze. Zaprosi wszystkie słynne na Instagramie dziewczęta. Projektantów, którzy lubią udzielać się w mediach społecznościowych (stąd tyle Givenchy i Balmain, a tak mało Saint Laurent czy Lanvin, chociaż to bardziej skomplikowane, o tym może później). Wokalistki znane z tego, że wolą pokazać d*** niż talent. Kiedyś po schodach MET szli ci, którzy kochają, wspierają, rozumieją i tworzą modę. Dziś paradują tam ci, którzy kochają siebie i rozgłos jaki generują.

Nie licząc niezawodnej Sarah Jessiki Parker (której w tym roku nie wyszło, ale to temat na inny wpis), nikt nie zaszalał, nie szarpnął się na coś może niedorzecznego, ale za to innego, wyjątkowego. Wiem, wiem, wszyscy zachwycali się suknią Claire Danes, która świeciła w ciemności. Dołączyłabym do tego zachwytu w mig, gdyby suknia w ciemności nie świeciła, za to była po prostu niewidoczna – bo w świetle dziennym była to błękitna beza, jakich wiele w swoim dorobku ma jej projektant, Zac Posen. Nieliczni poszli za tematem gali, a był nim wpływ technologii na modę i jej udział w tworzeniu kreacji. Sam temat był zresztą dość niewdzięczny w tym roku – stanęło na tym, że większość pań wystąpiła w srebrzystych kreacjach, jakby wszystkie się umówiły: lśnię, więc jestem robotem. Pozostałe tłumaczyły, co ich kreacja ma wspólnego z tematem, siląc się często na tak wyczerpujące wyjaśnienia, że chciało się aż podpowiedzieć – po prostu powiedz maszyna do szycia!

A to dopiero początek moich złośliwości. Będzie też drugi wpis, o najgorszych kreacjach tej gali. Ale zaczniemy od rzeczy miłych. „Przyjemnych”, to właściwe słowo, bo nikt mnie nie zachwycił, nie było „aaaaach….”. Było kilka bardzo ładnie wyglądających pań. I o nich jest ten wpis.

Moja ulubienica nie podbiła serc komentujących tegoroczną galę. W zestawieniach „najlepiej ubranych” była albo na szarym końcu, albo nie było jej wcale. Dla mnie była numerem jeden. Zoe Kravitz jest dziewczyną obdarzoną fenomenalnym wyczuciem stylu, ma to po rodzicach, bo i Lisa Bonet, i Lenny Kravitz mają świetny styl we krwi. Zamiast podążać za trendami, kreują swój wizerunek. Zoe też tak ma. Wielka fanka minimalistycznych projektów Alexandra Wanga, piękna dziewczyna, z burzą warkoczyków, tatuażami, kolczykami, drobną sylwetką i ogromnym sex-appealem, jest kimś, kto musi mądrze wybierać modę. W wielu projektach po prostu utonie. A to nie jest osobowość, która pozwoli zdominować się sukienką. Tak, słusznie przeczuwacie, szykuje się „DNA stylu” Zoe Kravitz.

Jak przystało na kogoś, kto podąża swoimi ścieżkami, nie sięgnęła po oczywisty wybór, nic z najnowszych kreacji wielkich domów mody. Wybrała Valentino haute couture z 2009 roku. Sukienkę bardzo skromną – niewiele było mini na tym czerwonym dywanie, niewiele było nieostentacyjnej czerni. Dlatego od razu ją zauważyłam. Wyglądała jak egzotyczny owad, delikatny, piękny. W tym festiwalu przepychu i wulgarności, bo trudno zapomnieć o kreacji Madonny (niestety), wśród tych wszystkich sztucznych piersi i pośladków klanu Kardashian, nagle „Twiggy” XXI wieku, tak samo krucha, wiotka. Ale nie słaba, o nie. Maska robi swoje. Dodaje tajemniczości i pieprzu. Ale niezmiennie w pełnym klasy stylu.

Kreacją Nicole Kidman zachwycali się wszyscy. Nicole potrafi wybierać modę. Czy, raczej, potrafi wybierać stylistów, którzy wybierają jej dobre sukienki. Kidman to w pewnym sensie przeciwieństwo Zoe – wysoka, posągowa, jej wybory nie mają żadnych ograniczeń. Nicole podchodzi do mody fazami, czasem jest bardziej odważna, czasem bardziej zachowawcza. Tutaj w bardziej stonowanym repertuarze, ale to widać na każdym z tych zdjęć, jest zakochana w swojej kreacji z kolekcji Alexandra McQueena na nadchodzącą jesień. Ta suknia to nic niezwykłego, kto wie, jakie ładne rzeczy projektuje dla tego domu mody Sarah Burton, nie będzie zaskoczony. To typowo romantyczny, efektowny McQueen. Suknia wyglądała pięknie, mieniła się, Nicole była tego dnia gwiazdą nie tylko na czerwonym dywanie, ale i na swoim własnym niebie. Poza tym, powiedzmy sobie wprost – peleryna na wielkie wyjście po prostu działa. Zawsze.

Podpadnę? Co poradzę, podoba mi się! Wiem, czytałam o wszystkich skojarzeniach, jakie budziła kreacja Givenchy, którą wybrała Beyonce. Są obrzydliwe, ale i zabawne (co wrażliwsi omijają to zdanie), słyszałam i o „prezerwatywie z chorobą weneryczną” i o „twarzy z ropnym trądzikiem”. Suknia z lateksu ozdobiona misternymi aplikacjami zdecydowanie wyróżniała się w tym metalicznym pochodzie – czy na plus, zdania są mocno podzielone. Lateks ma w sobie coś tandetnego, od tego się nie ucieknie i każdy kto wybiera taki materiał, doskonale wie, co robi. Beyonce chciała się wyróżnić, chciała być na granicy dobrego smaku. Na szczęście wszystko inne trzymała w dużej dyscyplinie – zero odkrytego ciała. Ten kolor, zwą go łososiowym, pudrowym, cielistym, to moim zdaniem jedna z ostatnich wielkich tajemnic mody – nie licząc bardzo jasnych i bardzo ciemnych karnacji, kobiety wyglądają w nim pięknie, jest bardzo twarzowy. A jednak, z jakiegoś powodu, wybierany jest niechętnie. Co mi się nie podoba, to mocny makijaż i bijące sztucznością włosy. Kiedy w roli głównej jest tak syntetyczny materiał, aż prosi się, by było coś bardziej naturalnego w kontrze. Ale to drobne zastrzeżenia. Jest coś świeżego w tak grzecznej sukience, w długim rękawie na czerwonym dywanie. W tym roku na gali w MET rządził brzuch, mnóstwo sukienek, co zobaczycie i w tym wpisie, eksponowało właśnie tę część ciała. A tu, proszę, Mały domek na prerii. Taki perwersyjny. Swoją drogą ciekawe, czy przemysł pornograficzny zinterpretował na swój pokrętny sposób słynny serial?

Raz jeszcze vintage, o ile rok 2009 Zoe Kravitz to vintage. I o ile rok 1995 to już vintage. To rocznik kreacji Johna Galliano, którą wybrała Liberty Ross, najpewniej wtedy z projektantem współpracująca. Galliano – i jako projektant Diora, i Margieli, był jednym z wielu nieobecnych tej gali. Nie tylko osobiście. Odczuwalny był brak kreacji właśnie Diora, Saint Laurent, Balenciagi, Stelli McCartney, Armaniego (nie znoszą się z Anną Wintour), Oscara de La Renty, Pucci i wielu, wielu innych. Chanel, Givenchy, Balmain, Louis Vuitton miały zaś aż nad-reprezentację. To sprawia, że dość podejrzliwie podchodzi się do procesu wyboru kreacji. Dom mody płaci, dom mody wybiera sobie ambasadorkę na tę noc? Stąd zabrakło mody Husseina Chalayana – a wpasowałby się w temat jak mało kto, starych kolekcji Balenciagi, znów, zakochanych w technologii, stąd milionerka Liberty Ross mogła mieć w nosie sponsorowane układy i sięgnęła do własnej szafy, albo poszła na zakupy do luksusowego second handu. Było kilka odważnych. Chloe Sevigny wybrała Simone Rocha, Solange Davida Laporta, ale to tylko wyjątki uciekające korporacyjnym regułom. Świadomość ich istnienia odbiera mi jakoś radość z tej nocy. I stąd z taką przyjemnością patrzę na jakże elegancką Liberty Ross. Ex-modelka potrafi prowokować na czerwonym dywanie, zdarzają się jej baaaardzo śmiałe kreacje, ale nie tym razem. No i makijaż, piękny, w punkt.

Trochę koloru! Mia Goth w sukni Prady. Nie jestem fanką projektów Miucci na czerwony dywan. Dla mnie ona jest mistrzynią codziennej mody, rozumianej oczywiście inaczej niż ubrania z sieciówek. Ale tak, na wielkie wyjście ta zgrzebność Prady nie zawsze dobrze się tłumaczy. Tym razem jednak iskrzy, lśni, przyciąga wzrok. Teoretycznie „chaotyczne” (jak inne niż staranne na kreacji Beyonce) rozłożenie zdobień i dodatków dodaje tej sukni charakteru. Gdzie nie sięgnie wzrok, tam coś się dzieje, ale wszystko niesymetryczne, trochę od czapy, może nawet niepotrzebne. A jednak niczego nie jest za dużo. W tym chaosie jest projekt. I jeszcze coś. Cała stylizacja. Mia Goth wygląda przepięknie, to coś więcej niż „ładna sukienka”. Biżuteria Repossi, a szaleję (ech…) na punkcie ich projektów, idealnie uzupełnia dziwne piękno tej sukienki i dziewczyny, która ma ją na sobie. Makijaż – utlenione brwi – sprawia, że Mia jest „na temat” tegorocznej gali. Nie jej sukienka, ona sama. W tej fryzurze, z tymi dziwnymi kolczykami, z tą posturą tak inną od „piersi do przodu, wciągnij brzuch”, jest kimś innym niż wszystkie te hollywoodzkie panienki. I to jest super.

W tym miejscu mogłabym skończyć moje radosne podsumowanie. Ale jest jeszcze kilka kreacji, które mnie nie odrzuciły i nie znużyły. Niepokojące jest, że wszystkie powtarzają motyw lśnienia. Jakby był to jedyny pomysł na galę poświęconą człowiekowi i maszynie. A ja głupia, naiwna, myślałam, że jako ostatnia po czerwonym dywanie przejdzie na przykład Lady Gaga i da sobie zrobić to:

Ale tak się niestety nie stało. Jeden z najsłynniejszych momentów w dziejach pokazów mody, „gwałt maszyny” na Shalom Harlow na finał pokazu Alexandra McQueena, który odważnie i w wielu kolekcjach flirtował z techniką. Ale „przyjaciółka” projektanta, Lady Gaga, na ten wieczór wybrała jednak Versace. A mogła coś z obłędnej, ostatniej kolekcji Lee, stworzonej z cielesności, zrealizowanej z maszyną, Plato’s Atlantis. Dobra, dość narzekań.

Alexa Chung. Stała bywalczyni gali w MET. Wciąż uważam, że jak na tak świetnie czującą modę dziewczynę, wielkiego momentu na tej imprezie jeszcze nie miała. I tym razem też nie. Ale jest bardzo w porządku, bo Chung nigdy nie dołączy do brygady – mini, dekolt, szmineczka. Zamiast tego mamy garnitur, lekkie skinienie głowy „myślę o tobie, Bowie” i trochę zadziorności tej dziewczyny, bo jak na standardy tak medialnej gali, przyszła właściwie bez makijażu. Jest coś androginicznego w tej stylizacji. A stąd już tylko krok do nieznośnej lekkości mody. Nie muszę. Nie muszę być w sukni. Nie muszę być w przezroczystościach. Nie muszę szokować. Mogę wybrać ubranie, które mówi coś o mnie – a Chung lubi podkreślać, że jest chłopczycą, a nie o czasach w jakich żyjemy. Od tego są spanxowe taśmy czule otaczające każdy centymetr ciała Kim Kardashian. Zatem – nic ekscytującego, ale jednak miłego dla oka. I świetne dodatki – bez torebki, subtelne sandałki, lina zamiast paska. Thakoon wykonał tu kawał dobrej roboty, „czytając” Chung.

Naomi Watts kojarzy mi się z wielką klasą. Piękna kobieta nie potrzebuje wiele. Subtelnej oprawy, która nie będzie nam przeszkadzać snuć tej uporczywej refleksji – że patrzymy na piękną kobietę, nie na piękną sukienkę, nawet nie na piękną kobietę w pięknej kreacji. I ten wybór, Burberry, jest trafiony w dziesiątkę. Watts nie jest kimś, kto będzie marzył o nagłówkach następnego dnia. Kto musi coś na czerwonym dywanie udowodnić. Kto potrzebuje atencji innej niż „wspaniała rola, pani Watts”. Ale to nie znaczy, że jest szarą myszką, że chce zatopić się w tłumie. Takie zostają w domu. Naomi miała w tym roku więcej szczęścia niż Sienna Miller – ta też wystąpiła w cekinowej sukni tubie, ale z gorszym efektem, straciła biust, proporcje, sex appeal. Na Watts kreacja leży idealnie, jak rękawiczka, jeśli wierzyć przysłowiu. Styliści odwalili tu kawał świetnej roboty, ile tu błysku – suknia, kolczyki, bransoletki, spinka – a jednak nie ma przedawkowania. A, i jeszcze ten piękny niebieski płaszcz… Torebkę za to zostawiłabym w hotelu. Wygląda jak coś, co podstawia się pod nogi, by ukryć, że Kanye West nie dorasta Taylor Swift.

I jeszcze więcej błysku. Brie Larson w sukience Proenza Schouler. Brie trzyma się prostszych form, ale z „czymś”. Może być klasycznie i prosto, ale nie może być nudno. Kolekcja Proenza Schouler jest dla niej. Ładna, ale nie „śliczna”. Elegancka, ale nie banalna. Skromna, ale nie zwyczajna. Piękny fason, bardzo kobiecy, w ruchu lśniła, żyła. Świetne buty. Duża dyscyplina – tylko usta. Kucyk, skromne pierścionki, nic więcej. Zawsze wydaje mi się, że jest coś seksownego w sukienkach, w których można się bawić i tańczyć. Ciężko wyobrazić sobie tę biedną spoconą Beyonce w obcisłym lateksie jak szaleje na parkiecie. A tutaj – można bawić się do białego rana. Wiem, że narzekano, że Larson wygląda jak ryba. Czy to dobre miejsce, by wyznać, że właściwie bardzo lubię ryby?

Na finał Poppy Delevingne, dziewczyna znana z tego, że jest dobrze urodzona, wysoka, chuda i źle wychowana (ma na koncie jedno „Don’t you know who I am?”. Nie wiedział :). Ale potrafi dobrze się ubrać i ten wybór, sukni Marchesy z najnowszej kolekcji jest kolejnym dowodem. Jest coś jednocześnie punkowego i bardzo retro w tej sukience. A i Poppy działa na dwa fronty – mocne czerwone usta i czarne paznokcie dodają nieco charakteru tej stylizacji. Detale są naprawdę piękne – zobaczcie na zbliżeniu. I szacun dla Poppy, że nie walczyła przeciwko tej sukience, poszła na całość. Torebka, buty, to jest „total look”. Wamp z zadziornym charakterem. Blake Lively, stała klientka Marchesy, na coś takiego by nie poszła. Byłby imponujący kok, idealnie czerwone usta, szpilki od Louboutina i wyeksponowane hollywoodzkie piersi. Poppy pokazuje, jak robią to dziewczyny w Londynie, na większym luzie. Ale bardzo starannie. Skończę w tym miejscu, bo jeśli jeszcze raz napiszę o dziewczynie o imieniu Poppy, rzucę w diabły tego bloga. A tego byśmy nie chcieli, bo to dopiero początek nocy w MET. Czekają nas jeszcze wszystkie horrory, a tych nie brakowało.

Kanye! Madonna! Blake! Solange! Sarah! Michelle! (tu moje serce krwawi…) Ciąg dalszy nastąpi.

7 thoughts on “Gala w MET cz. 1 – ładne.

  • 07/05/2016 at 21:24
    Permalink

    Ok. A co Ty bys ubrala na METke?

    Reply
  • 07/05/2016 at 21:29
    Permalink

    Jak Alexę lubię w codziennych stylizacjach, tak często „odświętnie” mnie nie zachwyca. Tutaj wyjątkowo, to ona podoba mi się najbardziej. Tylko buty okropne – mam awersję na takie sandały. wrr

    Reply
  • 07/05/2016 at 23:34
    Permalink

    Co do interpretacji stroju Beyonce, najbardziej podoba mi się tak, że wprowadziła w życie parę pomysłów sprzed „Don’t Hurt Yourself”.
    Nie jestem przekonana do kreacji Zoe Kravitz. Sukienka faktycznie urocza (sylikonowe ramiączka?), maska ok, ale dorzucić jeszcze do tego te buty…
    Brie Larson podobała mi się bardzo.

    Reply
  • 08/05/2016 at 04:44
    Permalink

    Mi osobiście najbardziej podobają się trzy ostatnie panie :)

    Reply
  • 08/05/2016 at 07:28
    Permalink

    Nie wiele kreacji mnie powaliło, ale większość z opisanych owszem (z wyjątkiem Beyoncé). Moim zdaniem Blake Lively zawsze wygląda z klasą i tak się też tutaj stało. Dobrze wygladała. Lilly Rose Depp rownież mi się podobała (jednak pewnie dlatego, że ta kolekcja Chanel mnie urzekła)

    Reply
  • 08/05/2016 at 18:00
    Permalink

    Zoe wygrała! Beyonce mnie zaskoczyła, ale nie zbyt pozytywnie. Masakryczną „pandę” zrobiła. Ale Jej się wybacza wszystko :)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *