DNA stylu: Florence Welch

Dziś w cyklu DNA stylu debiutuje Brytyjka (a właśnie, pytanie – kto z Polski, hmm?). I to jaka! W ten weekend mija rok od premiery płyty „How Big, How Blue, How Beautiful” Florence and the Machine. Z tej okazji okolicznościowy wpis o – świetnym – stylu Florence Welch.

Po raz pierwszy spotkałam Florence w 2009 roku. Był środek lata, środek Europy, był festiwal, było wesoło, było gorąco. Nie miało to oczywiście dla mnie znaczenia, spędziłam ten festiwalowy dzień w czarnej bluzce z przepastnymi rękawami z jedwabiu. Powiewały przy każdym ruchu, a że tych na festiwalu nie brakuje… Florence, którą poznałam, gdy usiadła naprzeciw mnie, by udzielić mi wywiadu, była dość niepozorna przy tych moich falbanach. We wzorzystej sukience w łączkę, którą najpewniej kupiła w jednym z londyńskich second handów, wyglądała jak jedna z uczestniczek festiwalu i gdyby ktoś patrzył z boku, pewnie mnie uznałby za tę bardziej wystrojoną. Sukienka Florence była może skromna, ale jej ręce zdobiły dziesiątki srebrnych, drobnych bransoletek. Słuchać je w całym naszym wywiadzie, pobrzmiewały przy każdym jej ruchu, a uwagę od nich mogły odwracać jedynie pierścienie, którymi szczodrze ozdobiła dłonie. Dwie godziny po rozmowie zobaczyłam ją na scenie. Inna dziewczyna. Nagle wydała mi się tak wysoka, wręcz posągowa. Nagle zobaczyłam, jak zjawiskowe, jak długie ma nogi. Nagle stanęła przede mną gwiazda. Zresztą, nie miałam wtedy żadnych wątpliwości, że na gwiazdę patrzę. Ale to była raczej jej aura, a nie ubrania. Jej sceniczna sukienka nie była ostentacyjna, droga, szczególnie wyjątkowa. Wyglądała jak sukienka zakupiona z budżetu dziewczyny wydającej debiutancką płytę, która już budżetem dysponuje, ale jednak skromnym. Takie były pierwsze lata Florence Welch. Bardzo kuse, era płyty „Lungs” to – wbrew tytułowi – czas eksponowania jej nóg i czas poszukiwań stylu, który będzie całością. Gdy debiutowała, ekscentryczne, dziwaczne kreacje, mieszanina wynalazków ze sklepów vintage z tym, co miała już w szafie, miksowała z pierwszymi zakupami w sklepach z wyższej, chociaż jeszcze nie najwyższej półki. I szpilki, zawsze. To też pamiętam z pierwszego koncertu, z jaką swobodą w nich się poruszała, z jaką gracją w nich tańczyła.

Już wtedy, w tych jakże ekscytujących, ale niepewnych dla debiutanta czasach, dało się odczuć, w jaką stronę pójdzie ta dziewczyna. Nic nie mogło być zwyczajne. Nic nie mogło być na 50%. A scena nie była od tego, by się na niej skryć. Chociaż stroje sceniczne przeszły u Florence znaczną metamorfozę, nie zmieniło się jedno, zawsze uzupełniają ją i jej muzykę. Nie musi o tym opowiadać w wywiadach, nastrój można rozpoznać po sukienkach. Zaczęło się bardzo wyraziście, zamaszyście, to chyba byłoby najlepsze tu słowo. Wiatr, ruch był jej najlepszym przyjacielem na scenie. Widziałam ją na żywo tak wiele razy, że wiem już na pewno, że jest jedną z tych osób, które grację mają naturalną, w każdym ruchu, w każdym geście. Scena tylko to wszystko powiększa. A i wokalistka szuka ruchu, porywają ją emocje, dźwięki, chwila, ale nigdy nie opuszcza pewna elegancja i – co tu kryć – teatralność. Stąd tyle falban, tyle metrów jedwabiu, tyle rozcięć, tyle możliwości zabawy materiałem. Florence Welch jest pewnie jedną z najbardziej fotogenicznych kobiet współczesnej muzyki. I doskonale o tym wie.

Kiedy kolejny raz spotkałam Florence, rok później, to była już zupełnie inna historia. Nominacje do nagród, wielkie gale. Sukces. I chociaż była to bardzo krótka rozmowa, była zmęczona trudami trasy, intensywnością zdarzeń, dało się odczuć że jest już kimś innym, po przyspieszonym kursie dojrzewania. Pamiętam, rozmawiałyśmy wtedy o wielkim świecie, o pierwszych słynnych osobach, które poznała. Wyglądała już inaczej, już jak ktoś, kto poznał wielki świat i jego możliwości. Bardziej umalowana, staranniej wystylizowana, z markowymi rzeczami rozrzuconymi w hotelowym pokoju. To były dni, które były dla niej jednocześnie wyjątkowe, tak wiele działo się po raz pierwszy – w tym jej wizyta w Warszawie, z okazji której się spotkałyśmy, jak i zwyczajnie trudne. Być może coraz częściej otrzymywała torby z darmowymi ubraniami, ale sprawiała wrażenie kogoś, kto chętnie wymieniłby je wszystkie na jeden dzień wolnego, by przejść się wreszcie, leniwie i niespiesznie po sklepach. Florence, zawsze przywiązująca wagę do swojego wyglądu, wreszcie mogła do garderoby dodać rzeczy markowe, z najwyższej półki. I z każdym kolejnym miesiącem można było zauważyć proces wymiany. Vintage był coraz częściej dodatkiem, nie bazą. Sieciówka była już wyjątkiem, nie normą. Na scenie, na imprezach, zaczęła pojawiać się w pięknych sukniach wielkich domów mody. Aż przyszedł występ na gali telewizji MTV, który zrobił z niej obiekt zainteresowania Ameryki, a to zmienia życie. I tak zaczęła się nowa, luksusowa Florence. Na szczęście przy tym niezmiennie ekscentryczna, nieoczywista. Zawsze wiesz, że patrzysz na artystkę. Na jednostkę osobną od trendów. Ale nie od mody.

Na zdjęciach powyżej sprawy robią się już poważne, Gucci, Chanel, Miu Miu… Florence są w pewnym sensie trzy. Jest Florence sceniczna, łącząca wizerunek z emocjami, jakie włożyła w płytę, którą aktualnie koncertami promuje. Jest Florence prywatna, najbardziej chyba skora do eksperymentów, dziwnych połączeń, wyciągania z szafy najróżniejszych zdobyczy z second handów z całego świata. I jest Florence oficjalna, na wielkich galach i oficjalnych spotkaniach, minimalnie utemperowana w swoim wizerunku, bardziej staranna i uporządkowana. To wciąż Florence kolorowa i/ albo pełna efektownych rozwiązań. To nie jest modowa minimalistka. Więc jeśli będzie to skromny kolor – czerń, czy uwielbiane przez nią beże, bądźmy pewni, że jej kreacja będzie lśniła setkami kryształów, a jeśli pozostanie gładka, najpewniej dołączy do niej peleryna albo morze wirujących w ruchu frędzli. Coś musi się zadziać, coś, co pozwoli, by była zauważona, nawet jeśli nie taki jest cel. Ale wtapianie się w tłum nie leży w jej naturze.

Wierni fani wokalistki powiedzą pewnie – zaraz, Anno, przecież tak bardzo uspokoiła się przy okazji płyty „How Big, How Blue, How Beautiful”. Naturalne, nieuczesane włosy, proste jeansy i koszule, na scenie białe garnitury, mniej wzorów, kolorów. To oczywiście prawda, ten album jest płytą nie chowania się za niczym. Zarówno emocjonalnie, jak i wizerunkowo. Stąd nagość w teledyskach. Stąd ta prostota formy. Ale to też tylko etap. W tym samym czasie, gdy promuje ten album, Florence nawiązała współpracę wizerunkową z domem mody Gucci (nie pierwszy zresztą raz). Dziś, pod wodzą Alessandro Michele, te projekty są najdalsze od prostoty i skromności. To eksplozja koloru, pomysłu, zdobień. Welch odnalazła się w tym bez problemu, co zresztą udowodniła choćby na tegorocznej gali wręczenia nagród Grammy, występując właśnie w kreacji Gucci (środkowe zdjęcie w galerii poniżej). Wcześniej, na tej imprezie zadała szyku w odważnej (kolce? rogi? jak o tym mówić?) zielonej kreacji Givenchy, jednej z najczęściej komentowanych sukni tej gali. W tej galerii możecie też podziwiać kreację Chanel, którą specjalnie dla Florence przygotował jej fan, Karl Lagerfeld (sfotografował wokalistkę dla japońskiego „Vogue”). Było to wyjątkowe dla niej wyjście, ponieważ na tym pokazie Chanel zaśpiewała, pieczętując swój status nowej ulubienicy świata mody. Ten bowiem przyjął ją z szeroko otwartymi ramionami. Wysoka, szczupła, zainteresowana sztuką, rozumiejąca konteksty, historyczne i kulturowe, a przy tym bardzo świadoma tego, co jej się podoba i gdzie jest jej granica tego, czego chce spróbować. Dlatego tak rzadko zdarzają się jej wpadki. Florence jest odważna, ale to nie jest odwaga eksperymentatorki. To odwaga kogoś bardzo świadomego swojego wizerunku.

Osoby publiczne często w sytuacjach prywatnych starają wyglądać się jak najbardziej zwyczajnie, by zaznać świętego spokoju. Florence jest tu wyjątkowym przypadkiem. Zawsze, prywatnie, kolorowa, wyróżniająca się na ulicach Nowego Jorku czy Londynu. Ale jest w tym coś tak naturalnego, tak do niej pasującego, że trudno choć przez chwilę podejrzewać, że robi to, by być zauważoną w sytuacjach codziennych. To nie jest przedstawicielka klanu Kardashian, to jest prawdziwa artystka. A od tego nie ma ani odpoczynku, ani ucieczki. To moja ulubiona część tego wpisu, Florence prywatnie. Zauważcie, jak często na niebotycznie wysokich obcasach. Zawsze pamiętam, by na spotkanie z nią założyć moje najwyższe, jeśli o tym zapomnę, na pamiątkowych zdjęciach wyglądam dość niepozornie. Na jednym z naszych spotkań miała korkowe platformy Louboutina, które możecie zobaczyć w galerii. Przezornie, byłam w naprawdę wysokich platformach Burberry Prorsum. Po czym zobaczyłam, z czym się mierzę i rzuciłam tylko z szacunkiem: „Gurrl…”. Welch prywatnie przypomina mi o wszystkich godzinach spędzonych na pchlich targach i w second handach, także tych, które oferują rzeczy często droższe niż te w markowych butikach, bo to prawdziwe perły z poprzednich dekad. Florence dziś gustuje w takich znaleziskach, łącząc je z modą współczesną, jak zobaczycie w galerii, bardzo często z metką Gucci. Kiedy przygotowywałam ten wpis, zauważyłam, że wokalistka prywatnie unika czerni. Nie tylko w ubraniach, także w dodatkach, faworyzując kolor brązowy.

Mój ulubiony modowy moment Florence? Ten. Gdybym komuś miała opowiedzieć tę dziewczynę, pokazałabym ten film z 2010 roku. Nie jest na nim w najwyższej formie wokalnej, to był czas wyciskania z cytryny „Lungs” wszystkiego, a sok ten z każdym tygodniem stawał się coraz bardziej gorzki, co w końcu odbiło się na kondycji wokalistki, nie tylko wokalnej. Ale w tym deszczu, w tym wietrze, jest cała siła jej żywiołu, jej energii, jej entuzjazmu i całe jej piękno, kiedy jest na scenie. No i jest to piękna suknia, idealnie dobrana do jej karnacji, jej koloru włosów. Po tym intensywnym festiwalowym lecie miał przyjść czas odpoczynku, ten jednak nie nadszedł. I tak kolejny rok spędziła w trasie, w tych wszystkich pięknych, nowych sukniach, dając coraz słabsze koncerty w coraz większych salach, gubiąc samotność w różnych używkach, a zmęczenie topiąc w nowych piosenkach. Z tego chaosu powstała jedna myśl. Z nową płytą, „Ceremonials” musi przyjść porządek. Opowiadała mi o tym w kolejnym wywiadzie, dlaczego nowe koncerty gra w starannie ułożonym koku, dlaczego stoi przy eleganckim statywie do mikrofonu, ozdobionym motywem z nowej płyty. Dlaczego poszła na lekcje śpiewu, by właśnie śpiewać, a nie radośnie krzyczeć. Dlaczego na chwilę musiała zostawić tamtą Florence za sobą:

Era promocji płyty „Ceremonials” nie jest moją ulubioną wizerunkową erą Florence, ale doceniam czas zmiany, ewolucji. Zresztą, znów, nie trwał on wiecznie i po pierwszych, eleganckich, skromnych jak na nią sukniach, przyszły te swobodne, wolne w ruchu jak ona. Ale by je założyć, musiała odprawić egzorcyzmy nad wszystkim, co przyszło, gdy pracowała nad płytą „Ceremonials”. I gdy pożegnała demony, przyszedł czas na zabawę, wróciła niczym nieskrępowana dziewczyna. Ośmielona spróbować się z modą bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Jej kreacja McQueen, którą wybrała na słynną galę w MET w 2012 roku (drugie z lewej zdjęcie w galerii poniżej), to jeden z najbardziej śmiałych momentów. Dziwna jest to suknia. Nieładna, wygląda jak nieskoordynowany atak motyli albinosów. Ale Florence była w niej jedną z największych gwiazd imprezy. Obracała się na tym czerwonym dywanie jak laleczka na pozytywce, zachwycona kreacją. Podzieliła krytyków, ale nie przeszła niezauważona. W tym sensie rozczarowała tegoroczna kreacja Flo z gali w MET (zdjęcie pierwsze z prawej), domu mody Gucci. Zbyt zachowawcza, nie sięgająca poprzeczki, którą ustawiła jej właścicielka. W tej galerii niezmiennie zachwyca mnie Florence w kreacji Givenchy (druga z prawej), domu mody, który ma w sobie pierwiastek mroczny, czasem perwersyjny, często erotyczny. Ta suknia może nie jest najlepszym tego przykładem, ale tak, marzę o jej stylowej ewolucji, w której pozwoli dojść do głosu swojej fascynacji śmiercią, bo ta przecież jest obecna w jej twórczości. Nie mam jednak żadnych wątpliwości, że wszystko jeszcze przed nami i że Welch jest jedną z tych artystek, które może subtelnie, ale jednak, będą zmieniać się z każdą kolejną płytą.

Era „How Big, How Blue, How Beautiful” pokazała nam Florence w zwartych estetycznych szykach. Znów, nic nie rodzi się w gabinetach menadżerów czy stylistów. To Florence wypoczęta po roku odcięcia się od pracy po wydaniu „Ceremonials”. Florence po pobycie w Los Angeles. Florence po zawodzie miłosnym. Florence, która mogłaby skryć się w podwodnych metaforach, wielkich formach, kolorowych grafikach i olśniewających kreacjach, ale tym razem postanowiła nie uciekać. Stąd ta niewinna, prosta biel. Zrzucenie szpilek i koncertowanie boso. Zostawienie sukienek w szafach i postawienie na garnitury, jest już dziewczyną po przejściach, nie zawsze barwnym lekkoduchem, jest kimś, kto mocno stąpa dziś po ziemi. Kolejny raz, ta metamorfoza nie jest skończona, Florence po roku od wydania płyty wraca do koloru, do wzorów. Mam jednak nadzieję, że nie pożegna kategorycznie garniturów, nosi je świetnie. Tutaj między innymi Gucci, Givenchy i Chanel:

Zostawiam Was z taką Florence, jaką pokochałam. Wolną, szaloną, piękną w jedwabiach. Moda się zmienia, ale silne jednostki pozostają w niej sobą. Styl Florence nie jest mi bliski, jest dla mnie zbyt krzykliwy, inaczej definuję elegancję, ale doceniam całość, w jaką się składa, ze wszystkimi zakrętami poszukiwań, które przecież wpisane są w zabawę modą. Zresztą, tak naprawdę, kiedy włączam „Lungs” czy „HBHBHB”, kiedy kolejny raz te piosenki zabierają mnie w miejsca w mojej głowie, w których najbardziej chcę być, mam w najdalszym poważaniu, jak nosi się artystka, która te piosenki wykonuje. A że nosi się wspaniale, cóż, to tylko przyjemny bonus.

10 thoughts on “DNA stylu: Florence Welch

  • 28/05/2016 at 21:36
    Permalink

    patrzac na fotki wydawalo mi się że czuje naftaline 😀

    Reply
  • 29/05/2016 at 16:11
    Permalink

    Ech, miałam nadzieję, że napiszesz, Aniu, recenzję obiecaną trzeciej płyty Florence, ale i tak wpis świetny. A to „Heavy In YOur Arms” z filmiku wokalnie całkiem się broni, Flo wszakże nie śpiewa najczyściej w górnym rejestrze, ale czyż ja za to jej nie pokochałam? Napisz, Aniu recenzję HBHBHB..

    Reply
    • 29/05/2016 at 21:25
      Permalink

      Ech, „w takich okolicznościach przyrody,,, i tak niepowtarzalnej…” mało kto by dał radę czysto zaśpiewać :-) A ja Florencji wolę słuchać, niż na nią patrzeć. Ma jakąś ostrość rysów, dzikość spojrzenia, przez co nie wiem, czy jest piękną czy niepiękną kobietą.

      Reply
  • 29/05/2016 at 22:32
    Permalink

    Florencja bardzo przypomina mi kobiety malowane w II poł. XIX w. przez panów z Bractwa Prerafaelitów, a już najbardziej Prozerpinę namalowaną przez Rossettiego. Ta sama androgyniczna uroda, powłóczyste szaty, charakterystyczne usta. No ale cóż, Brytyjki… :-)

    Reply
  • 30/05/2016 at 20:09
    Permalink

    I choć Florence nie powala urodą, to stylem tak i gdyby była zwyczajną Mrs.Wilson, a nie znaną wokalistką to też dłuuuuugo oglądałabym się za nią – ubraną w czerwony płaszcz. Tak, jak ubiera się, tak też mieszka – kolorowo, stylowo, świetnie. Dla mnie bomba : )

    Reply
  • 26/11/2016 at 19:24
    Permalink

    Następna w DNA Stylu Alexa Chung!

    Reply
  • 27/02/2018 at 21:31
    Permalink

    Jestem bardzo ciekawa polskiego DNA stylu! ;)

    Reply
    • 27/02/2018 at 21:32
      Permalink

      I kto by to był…? :)

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *