Wiosna!

Popatrzyłam w lustro i pomyślałam, że napiszę o sobie. Zobaczyłam dziewczynę w żółtej sukience i zajęło mi chwilę, by połączyć kropki, że to ja. To pewnie uogólnienie, ale mogę się pokusić – nie noszę i nie znoszę kolorów innych niż czarny, biały i granatowy. Czy raczej, kiedyś tak było. Od ubiegłego roku późną wiosną mówię czerni „Do zobaczenia jesienią”. Rok temu była to prawdziwa rewolucja w garderobie – wymienianie wszystkiego, co ciemne na białe to dużo więcej niż kupienie sobie nowych, ładnych rzeczy. Okazało się na przykład, że inaczej myśli się o wszelkich dessous – wszystko nagle prześwituje i odznacza się pod lekką, jasną sukienką. Był to więc cały projekt, także ekonomiczny – rzeczy czyszczę profesjonalnie (to żaden snobizm ani lenistwo, dziś na wszystkich markowych rzeczach jest dry clean only), wszystko nadawało się do pralni po jednym wyjściu. Bywały chwile, kiedy myślałam o powrocie do sprawdzonych ultrakrótkich czarnych sukienek z kolekcji Kate dla Topshopu. Mają już tyle lat, a nie umiem się z nimi rozstać. Zresztą, Kate w tym roku w Cannes udowodniła, że ona też nie:

kate-moss-at-chopard-wild-party-in-cannes-05-16-2016_1

A jednak, chociaż uwielbiam tę jedwabną sukienkę, musi poczekać. Ciągnie mnie do białych koronek, koszul w palmy, sukienek w kolorze turkusowej wody i złocistego piasku. Literkę „r” wcisnęłam właśnie palcem, na którym lśni pierścionek w kształcie rozgwiazdy. Teraz jest czas tanich błyskotek, które dają tyle krótkiej radości co wakacyjne romanse (podobno, skąd mam wiedzieć, nie jeżdżę na wakacje!). Jeansy, marynarki, ciemne koszule, nawet czarne dodatki ze skóry, wszystko czeka do jesieni. Dziś, kiedy myślę o moim moodboardzie (sprawa jest co prawda bardziej skomplikowana, jest też zestaw festiwalowo – rock’n’rollowy, zdecydowanie inny) o moich miejskich, codziennych stylizacjach, zaraz mam przed oczami tę scenę:

3057523

Wybaczcie jakość zdjęcia, nic lepszego nie ma. Patrzymy oczywiście na Carrie. Kiedy odkładałam do szafy wszystkie jeansy, pomyślałam z żalem o ulubionych koszulach, że też będą musiały kilkanaście tygodni na mnie poczekać. Aż niedawno w Londynie wpadłam na pomysł, którego nie praktykowałam od lat – a gdyby wrócić do spódnic? Ale jakoś inaczej? Żeby nie było za grzecznie? Ponieważ jest mnie od niedawna kilka kilo mniej, mogę nosić wszystko. Koszule zapinam więc na jeden tylko guzik, tzw. „guzik przyzwoitości”, a reszta to szyte wysoko na talię (wciąż najmodniejszy krój, zarówno spódnic jak i spodni) spódnice, do tego węzeł koszuli i ewentualnie pasek. Voila! Moją ukochaną spódnicę tego sezonu znajdziecie tu, i to na przecenie.

Kiedy ogarnęłam ubrania, przyszedł czas dodatków. Biżuteria u mnie właściwie nie istnieje. Buty, latem zawsze ulubione Castanery. Torebki? Złota Prada i brązowa Chloe, do pracy klasyczny Vuitton, staram się, naprawdę mocno, nie kupić „jak wszyscy” torebki Gucci. Wreszcie, tak zwany „wizerunek”. Włosy, wiadomo, świętość, z włosami nie robi się nic. Ale reszta? Podglądając zdjęcia z tegorocznego Cannes patrzyłam z zachwytem na Vanessę Paradis, jak pięknie wyglądał jej makijaż, jak normalnie w świecie nowych trendów – niestety popularnych i w Polsce – tapetowania twarzy warstwami pudrów i rozświetlaczy, doklejania sztucznych rzęs, akcentowania spuchniętych od wypełniaczy ust i przerysowywania brwi. Vanessa wygląda jak Vanessa, naturalnie, elegancko, mimo – wcale nie zatuszowanej – czterdziestki dziewczęco. Przedwiośnie spędziłam z ciemną szminką, o czym zresztą pisałam. Dziś patrzę na Vanessę i myślę tylko: jaśniej.

Tutaj Vanessa w Cannes, a na zdjęciu poniżej mój niezbędnik. Jak widzicie, bardzo skromny. Dodam, że kwiat nie jest wyłącznie ozdobą obrazka. Wzięłam sobie wakacyjny luz do serca i na popołudniowe wyjścia wpinam we włosy prawdziwe kwiaty. Jak zwykle intuicja mnie nie zawodzi, niedawno Kirsten Dunst na gali CFDA uzupełniła kreację od Rodarte kolczykiem – kwiatem.

image11

Chociaż inspiracja przyszła z Francji, baza tego zestawu jest brytyjska. Charlotte Tilbury jest nową – i najjaśniejszą – gwiazdą makijażu. Nie jest nowa w branży, ba, jest jedną z najbardziej rozchwytywanych makijażystek ostatnich kilkunastu lat. Ale od kilku jest też właścicielką rozwijającej się w zawrotnym tempie imiennej marki. Jest to jeden z najbardziej intrygujących sukcesów ostatnich lat, bo Tilbury zbudowała imperium w rekordowym czasie. Pamiętam skromne początki, pierwsze stoisko w Selfridges, gdy kupiłam szminkę w odcieniu, cóż, Kate. Dziś w Selfridges stoiska ma już dwa, sklep w Londynie, listę oczekujących w nowojorskich domach towarowych dorównującą największym kosmetycznym przebojom dekady, a do tego… Ma po prostu dobre produkty, moim zdaniem jedne z najlepszych na rynku. Kiedyś może napiszę osobny post o Charlotte, chociaż w jej wypadku tak samo interesują mnie jej produkty, co droga do sukcesu – naprawdę inspirująca. Trzymając się jednak poradnikowej natury tego wpisu, jej specjalnością jest wszystko, o czym mówi: „Darling, it’s like Gisele in a jar”. Charlotte słynie z produktów wydobywających blask cery, w zależności od stylizacji porówna ten blask do wakacji, odpoczynku, lub namiętności i seksu.

Niedawno oddałam się w ręce (dłonie?) jej teamu i poczułam się aż za bardzo „wypoczęta”. Celowałam w blask twarzy „Spędziłam weekend w Saint Tropez”. A dostałam „Byłam miesiąc w Rio”. No ale skoro mam być jak Gisele… A już zupełnie serio, mój ulubiony kosmetyk Charlotte, podkład Light Wonder, działa jak osiem godzin snu, kiedy miało się cztery. Jak makijażowy Prozac, kiedy w środku toczy się wielki smutek. Nie tuszuje niedoskonałości cery, jest na to za lekki. Tuszuje niedoskonałości życia.

Wielka Brytania to też, oczywiście, Burberry. Jedna z moich ulubionych kosmetycznych marek (chociaż, jasna sprawa, Burberry to więcej niż to), nie przestaje mnie zachwycać swoimi nowościami. Szminka Burberry Full Kisses jest idealna na codzienne wyjścia. Jestem dzieckiem natury w drogich ubraniach i inna nie będę. Z przyjemnością wróciłam do kolorystyki bliskiej naturalnej. Zatem w tym sezonie jestem „English Rose”, bo to mój idealny odcień nude, który mam i z którym się nie rozstaję. A jeśli już jesteśmy przy tym, co zawsze blisko, to mój towarzysz życia, krem Embryolisse. Jest najlepszym kremem na świecie i wracam do niego zawsze, wiernie, od lat. Zobaczyłam tę tubkę pierwszy raz lata temu w Paryżu, była na półkach we wszystkich łazienkach, w których byłam. Używały go mamy moich znajomych, ich siostry i dziewczyny. I, jak się później okazało, chłopcy również. Paryżanka niechętnie poda nazwisko swojego dermatologa (zresztą nie ma potrzeby, wszystkie chodzą do tej samej), ale co do kremu można być pewnym – mają gdzieś w mieszkaniu tubkę klasycznego kremu Embryolisse. Nawet jeśli dziś służy jako krem dla dziecka, krem na oparzenia i otarcia, krem na sytuacje krytyczne, przesuszenia i podrażnienia, jest, zawsze jest. O ile ostatniej tubki nie zgarnęli sprzed nosa masowo wykupujący w aptekach krem turyści z Azji.. Kto trzyma się prostej filozofii urody, używa go po prostu, dwa razy dziennie jako kremu nawilżającego (Jane Birkin jest fanką). Ja latem, jak zawsze, pozwalam mu być solistą w mojej pielęgnacji. Myślę, że żadnego kosmetyku nie nawoziłam się ze świata tyle, co tego kremu (w UK jest o jakieś 40% droższy niż we Francji). W Polsce dziś jest już dostępny, nie w sklepach, ale szukajcie w internecie.

Oczywiście jest też druga ja, ta z mocno zaakcentowanymi oczami, próbująca wieczorem zapiąć wreszcie nowe, ultrakrótkie i obcisłe szorty. Ja z naręczem nowych t-shirtów z lat 70., prawdziwych, kalifornijskich, trochę spłowiałych i spranych, mają w końcu ponad czterdzieści lat. Ja z kilkoma koszulami z tej minikolekcji Equipment. Ja oczekująca z niecierpliwością letnich koncertów i przygód. Ja, która patrzy z niedowierzaniem na tę damę w spódnicach za kolano, jaką stałam się wiosną. Jest to bardzo przyjemny eksperyment, flirt z elegancją, kiedy zazwyczaj o tej porze bywałam łobuzem w stanowczo za krótkich sukienkach. Pewnie do tego wrócę, ale jeszcze nie teraz.

Zostawiam Was – kolejny raz – z Sienną Miller z nowego numeru „Porter”. Tyle się napisałam powyżej, a czasem zdjęcie mówi więcej niż tysiąc słów!

Porter issue 12 sienna miller (2)

(Fot: Cass Bird)

13 thoughts on “Wiosna!

  • 17/06/2016 at 23:37
    Permalink

    Z jednej strony czyta się Panią cudownie (uwielbiam Pani styl i taką świeżość właśnie :) nie przeładowanie w ubiorze czy makijażu, w czasach gdy tak wiele dziewczyn stara się upodobnić do Kardashianek), a z drugiej, dla zwykłej studentki to męczarnia, kiedy nie można sobie pozwolić na te wszystkie piękne rzeczy i świetne kosmetyki… I o ile w kwestii tego pierwszego, to można czerpać inspiracje i szukać tańszych odpowiedników w second-handach czy sieciówkach, o tyle w drugim przypadku ciężko znaleźć kosmetyki które jakość mają na tak wysokim poziomie, cenę jednak zostawiając na niskim ;)

    Reply
    • 17/06/2016 at 23:41
      Permalink

      A mnie sie wydaje, ze dzis – jak nigdy wczesniej, tanie kosmetyki w niczym nie ustępują drogim. Przynajmniej te do makijażu. Wybor to kwestia pięknego opakowania, przyjemności zakupów w ładnym sklepie, przywiązania do marki itd, a coraz mniej jakosci. A poza tym, w wieku studenckim nic nie jest tak piekne jak młodość :)
      Pozdrawiam!

      Reply
  • 18/06/2016 at 07:29
    Permalink

    Uwielbialam Pania na antenie Trojki, ale po przeczytaniu wpisu czuje jakbym czytala kolejny z wielu wpis blogerki modowej albo wywiad z gwiazda na temat jej stylu. Czemu wszystko musi byc dopowiedziane i tendencyjne. Niech kazdy wyglada pieknie, ale opowiadanie o tym na forum jest nudne i wydaje mi sie, ze prozne.

    Reply
  • 18/06/2016 at 10:45
    Permalink

    Pani Aniu, te czterdziestoletnie koszulki z Kaliforni…szukam i nic.
    Gdzie Pani je zdobywa? Marzę!

    Reply
  • 18/06/2016 at 22:52
    Permalink

    a ja myślałam, że to młoda Sharon Stone!! ;)

    Reply
  • 20/06/2016 at 18:22
    Permalink

    jak się udało porzucić te kilka kg?:p

    Reply
  • 22/06/2016 at 15:34
    Permalink

    Zgadzam się, sukienki Kate są nieśmiertelne…

    Reply
  • 05/07/2016 at 23:40
    Permalink

    Jeśli kiedyś zapragnie Pani mieć swojego krawca ,jestem do usług ,tak bardzo podoba mi się to co i jak Pani mówi o muzyce i modzie. Pozdrawiam serdecznie !

    Reply
    • 05/07/2016 at 23:51
      Permalink

      Panie Piotrze, bo jeszcze skorzystam! Pozdrawiam!

      Reply
  • 06/07/2016 at 20:25
    Permalink

    Pani Anno,Pani aktywność jest inspirująca, czekam w pogotowiu! Pozdrawiam!

    Reply

Odpowiedz na „Anna GacekAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *