Galerianki.

Jak być może zauważyliście, o tym co dzieje się na polskim podwórku piszę nieczęsto, a jeśli już, to tylko po to, by i tak iść na podwórko światowe. Tym razem będzie odwrotnie. Londyńskie Kensington Gardens zainspirowały mnie, by napisać o polskich „ogródkach”, chociaż podobno do swojego nie należy. Wczoraj odbyła się coroczna impreza Serpentine Gallery Summer Party, jedna z ważniejszych i bardziej prestiżowych w towarzyskim kalendarzu Londynu, zawsze z mocnym modowym akcentem – wśród gości są projektanci, modelki, a aktorki i inne osoby publiczne współpracują z domami mody, by zachwycić kreacją – obowiązuje dress code, ale bez wielkiego nadęcia, to w końcu lato i ogrody, więc w stylizacjach jest element lekkości, którego brak na przykład na czerwonym dywanie.

Zerknęłam na galerię z tegorocznej imprezy i przyszły do mnie same gorzkie refleksje. Czasem pytacie mnie w listach, dlaczego nie piszę o tym, jak noszą się (słynne) Polki. Odpowiedź jest prosta – może wbrew pozorom, ale nie mam ochoty być na tym blogu przykra czy niemiła. Doczekaliśmy się u nas jakiegoś dziwnego modelu kariery – robi się ją, krytykując wszystkich i wszystko. Moda ma tyle fascynujących, pięknych momentów, że naprawdę jest o czym pisać. I wolę tak, niż wytykać pani X czy Y brzydką sukienkę. Dlatego dziś będzie bez nazwisk, chociaż kilka postaci chyba będzie można rozszyfrować…

Dziś o tym, że Polki nie potrafią dobrze wyglądać na wielkich i małych wyjściach. Tam bywa moda, ale brakuje stylu. Oczywiście są wyjątki, ale dziś refleksje ogólne.

Spójrzcie na Kate Moss na wczorajszej imprezie:

Kiedy zobaczyłam te zdjęcia, od razu pomyślałam, skubana, znowu to zrobiła. W tym roku w Cannes wyciągnęła z szafy jedną z sukienek ze swojej kolekcji dla Topshopu, na wielką galę, na której inne gwiazdy pyszniły się w sukniach za tysiące dolarów, a ona w takiej za sto. I proszę, dwa miesiące później, znowu! To też sukienka z jej kolekcji dla sieciówki, to było pewnie z siedem lat temu, ale ile ona mogła kosztować? Siedemdziesiąt funtów? Wyobrażacie sobie którąś z naszych „gwiazd” o statusie „ikony stylu” w sukience z sieciówki (o zgrozo #1) sprzed kilku lat (o zgrozo #2) na gali, na której wiadomo, że inne panie będą w kreacjach wartych i sto razy tyle (o zgrozo #3). Nie ma takiej opcji. Nasze panie ze świata tv, biznesu i kultury mają swój stały dress code – puzderko McQueena, szpilki Louboutina i suknia chętnie od polskich projektantów, bo wypożyczą. Odkąd prężnie działa jeden z warszawskich butików, można też liczyć na Valentino czy Isabel Marant na mniej formalne wyjścia. Panie bardziej zorientowane w modzie połapały się już, że McQueen jest „z zeszłego sezonu”, więc pozują zawzięcie z wesołymi torebkami Anyi Hindmarch, które najczęściej zupełnie nie pasują do ich kreacji oraz – sorry – wieku, a te, które myślą o sobie, że są ponad serialowym pospólstwem, udają intelektualistki mody z torebkami – książkami Olympii Le-Tan, bo doczekaliśmy takich smutnych czasów, kiedy kobiety podziwia się za to, że mają torebki w kształcie książek, a nie za to, jakie książki czytają czy piszą.

Oczywiście nie chodzi o to, by porzucić kreacje projektantów i uruchomić program oszczędnościowy. Moss, kiedy przyjrzycie się zbliżeniom, jest obsypana diamentami, najpewniej należącymi do niej, bo jest kolekcjonerką. Ma też torebkę ze skóry pytona, a to jedna z droższych skór, więc tu nie chodzi o komunikat – możesz wyglądać świetnie za małe pieniądze! Nic z tych rzeczy. To inny przekaz, bardzo w stylu Kate, robię co chcę i wybieram to, co mi się podoba. Mam w nosie trendy i projektantów na speed dial, gotowych wypożyczyć mi swoje najnowsze kreacje. Moss nic nie musi swoimi wyborami udowadniać, ani swojego statusu, ani pozycji, wszyscy wiedzą, że jest bogata i wyposażona w imponujący notes kontaktów w świecie mody. Mogłaby przyjść na tę imprezę we wszystkim. I z tego rodzi się jej wolność. Skoro może wszystko, może to być także sukienka, którą ma w szafie jakaś Anna Gacek z Polski.

Nasze ikony stylu koniecznie muszą pokazać, że są „na bogato”, bo mogą, bo je stać. Więc wszystko musi być z najnowszej kolekcji i koniecznie markowe. Zauważyliście, że w Polsce właściwie nie istnieje prawdziwa kultura vintage? Bo vintage to nie tylko znoszone spodnie z 1984 roku. Prawdziwy vintage potrafi kosztować więcej niż nowe ubrania z metkami najsłynniejszych domów mody. Prawdziwy vintage potrafi wywołać wypieki na twarzy koneserów i znawców tematu – ale nie szarego człowieka, u tego raczej nie wzbudzi zazdrości. I prawdziwy vintage nie wygląda, jak uprawiają go niektóre panie w Polsce, jak coś z materiału non-iron, coś, co jest ciasno spięte paskiem, bo bez niego wyjdzie że jest o dwa numery za duże, coś, z czego najpewniej za chwile wylecą mole. To stare ubrania, ale nie vintage.

To nie nasza wina, czasy były jakie były i kiedy panie w Londynie starannie przechowywały swoje Ossie Clarki czy Biby, u nas była walka o cokolwiek ładnego, a i tak najpewniej przywiezionego (cudem) z daleka. Więc już się nie gniewam, że w całym kraju nie mamy nawet jednego sklepu, w którym można kupić YSL z lat 70. czy Toma Forda (Gucci) z lat 90. Ale Polki, których styl jest szeroko komentowany, czy podziwiany, wciąż wolą wydać tysiąc euro na coś, co krzyczy „najnowsza kolekcja” niż na coś, co mówi „ma odprutą metkę, ale za to jest pewnie jedyne takie w tej części świata”. Szkoda, bo tak (też) tworzy się styl. A nie żywy katalog przedmiotów pożądania, o których świat zapomni za pół roku, bo będą nowe.

W Wielkiej Brytanii (dobra, głównie w bogatym Londynie), mają to we krwi. Styl to mieszanka czegoś nowego, czegoś starego, czegoś drogiego i czegoś taniego. Styl mówi coś o mnie, a nie o moim portfelu. A moda to ubrania, które wiszą w sklepach, ale nie w szafie. Moss nie jest modna na tych zdjęciach. I nie była też modna na tej imprezie Sienna Miller:

Wybrałam właśnie te dwie panie, gwiazd oczywiście tam nie brakowało, bo chociaż to dwie różne stylizacje, wiele je łączy. Plagą, zmorą polskich czerwonych dywanów jest ich wysoki połysk – tak pięknie kontrastujący z tym, że nasze wystylizowane celebrytki stoją na tle ścianki reklamującej płyn do prania czy panele podłogowe. Panie mają wszystko nowe – buty, torebki, sukienki, usta i policzki. Wyczesane, wymalowane, obowiązkowo na bogato. Kate ma plamy po słońcu, zmarszczki i do niczego nie pasującą bransoletkę, która wygląda na tani sznurek z wakacji. Sienna ma włosy muśnięte grzebieniem, a za całą ozdobę prostej sukienki służy biżuteria Cartier – do wyłapania dla wtajemniczonych. Nasze elegantki dowaliłyby kapelusz z wielkim piórem i/albo woalką oraz z pewnością coś bardziej efektownego niż skromna czarna marynarka czy jej brak. A, i obowiązkowo „szanelkę”. O makijażu nawet nie mówmy – żadnych pomalowanych paznokci czy czerwonych szminek. Prawdziwe „angielskie róże”. Czemu mamy teraz na salonach „polskie tapety”, tego nie wiem.

Niektóre nasze gwiazdy, kiedy pozują, mam wrażenie że ustawiają się jak słupy reklamowe – czy widać moją torebkę? Zapłaciłam za nią pięć tysięcy, wiecie? Inne jakoś przedziwnie puszą się przed obiektywem, jakoś nadzwyczajnie dumne, że pojechały na zakupy do Harrodsa i przywiozły z niego kilka sukienek. Niezwykły jest też polski zwyczaj w opisie zdjęć z czerwonego dywanu: „Gwiazda w sukience za osiem tysięcy”. Co to kogo obchodzi, za ile? Ukradła? Nie, najwyżej pożyczyła.

I ta pycha, ta straszna polska pycha, jestem lepsza w drogich ciuchach. Nie wierzę w wielką miłość gwiazd do wielkiej mody. Wierzę w ich romans z rozgłosem, jaki gwarantuje. Myślicie, że prosty czarny garnitur od Saint Laurent dałby czołówkę na portalu plotkarskim? Nigdy. Ale „X w piżamie za pięć tysięcy” już brzmi dobrze, nie? „Kochamy jej nowe buty Diora” też przejdzie na portalach zorientowanych modowo. Ale kiedy przyjdziesz w butach LK Bennett (moje nowe ulubione), nikt cię nie kocha, bo LK Bennett się nie kliknie, w końcu nie noszą go na modowych blogach. A że to najzgrabniejsze codzienne miejskie szpilki od czasów Poppy Isabel Marant, cóż, jest opcja, że przeczytacie o tym tylko tu.

Modę, jak wiecie, uwielbiam. Ale to styl mnie fascynuje. Ten moment, kiedy mając do wyboru tysiące elementów tworzy się z nich coś swojego. Nigdy nie mogłam zrozumieć, jak ktoś, kto ma potrzebę podkreślenia siebie i swojej osobowości ubiorem (bo to jest zupełnie ok, nie mieć tego), świadomie i na własne życzenie z tego rezygnuje, woli być mieszaniną metek, cen, reklam i sesji zdjęciowych, moodboardów obcych, stylistów i projektantów, chorągiewką na wietrze, w jednym sezonie zwiewną hipiską, w kolejnym zdyscyplinowaną minimalistką. Zupełnie nie rozumiem też kobiet, które oddają się w ręce tych, którzy „wiedzą lepiej”, a najczęściej stylizują je wszystkie tak samo, zabierając im charakter, a dodając całą masę niepotrzebnych pomysłów, żeby było „stylowo”, kiedy najczęściej jest „na siłę” i przecież zawsze to widać. I nie wiem, dlaczego w pewnych kręgach wytworzył się przymus, by wszystko było „modne”. Ubrania nieostentacyjne nie mają u polskich klientek szans. Płacę – wymagam, by było to zauważone. Okropna tendencja, która – niestety – nie mija.

Za każdym razem, kiedy ktoś mówi – ależ masz śliczną sukienkę, jakaś część mnie umiera. Ilekroć słyszę, pięknie wyglądasz, rozkwitam. To oczywiście przerysowany banał, ale jeśli widać ubrania, a nie mnie, to znaczy, że nie są dla mnie, jakoś ze mną walczą i wygrywają, bo dominują. Jakim cudem tyle pań dobrowolnie pozwala, by mówiono o nich tylko w kontekście tego, co – i za ile – mają na sobie, robiąc z tego sposób nie tylko na sławę, ale i na życie, to pozostanie dla mnie tajemnicą.

Spojrzałam na siebie, jestem w drogiej koszuli i tanich jeansach, drogiej marynarce i z drogą torebką, bo na tym nie można oszczędzać, ja nie potrafię. Ale – moja marynarka ma już dwa lata, a moja torebka pewnie z trzydzieści, bo musiałam kupić vintage – firma już nie produkuje tego modelu. I to i tak bez znaczenia, bo wybiegłam rano z domu spóźniona, więc czego bym nie miała na sobie, wyglądam jak jeden wielki chaos w bardzo ładnych ubraniach. I nie chciałabym inaczej!

(Na głównej stronie zdjęcie z imprezy z 2014 roku, Alexa, Keira i Cara).

9 thoughts on “Galerianki.

  • 07/07/2016 at 16:01
    Permalink

    Sienna zachwyca! A Kate ma coś z twarzą – myślałam do połowy tekstu, już szykując w głowie uszczypliwy komentarz, a potem… rzeczywiście! o ileż piękniejsza jest od tych naszych ściankowych tapet. Brawa dla Pani za krytykujący wpis, ale w wyważonym stylu, który nie rani nikogo konkretnie i bez celu.
    Aha, i dziękuję za lekcję tolerancji. Bo mam z tym problemy, choć łatwiej stwierdzić, że nie. Nawet Pani się czasem czepiam w głowie za te drogaśne sukienki i pozorny snobizm. Przepraszam, postaram się to zmienić! :)

    Reply
  • 07/07/2016 at 19:48
    Permalink

    Mnie Sienna również zachwyca,ale… gdyby ta sukienka miała trochę luzu w biodrach,nie falowała by nad biustem,powinna być ustabilizowana na ramiączkach. Dla mnie wtedy super.

    Reply
  • 08/07/2016 at 11:33
    Permalink

    buty LK Bennett są takie piękne!

    Reply
  • 08/07/2016 at 12:25
    Permalink

    Nie ma zasad typu nowe+stare+tanie+drogie= styl albo = Kate Moss. Np. Pani zestaw z ‚dzieje się na żywo’ którego tematem były festiwale, czarna marynarka + koszula przeźroczysta (! będzie klik i wszyscy teraz to sprawdzą :-)) + flowing skirt Joaquim i sandałki na obcasie… jest cały drogi (jak dla zwykłej dziewczyny) i można go czytać w naszych polskich realiach tak samo jak pisze Pani o Moss (nic nie muszę, za to wszystko mogę). Myślę , że każdemu kto modę lubi chodzą po głowie obrazy… z filmów, MTV, pokazów mody, Instagramów osób które lubimy i nam się podobają, starych zdjęć i wspomnień dobrych chwil a styl to właśnie to wszystko razem wzięte i jest w nas.

    Reply
  • 14/07/2016 at 18:34
    Permalink

    Pani Aniu,
    czy mogłaby Pani polecić włoski magazyn (do poczytania), którego numer warto teraz kupić?
    Saluti! ;)

    Reply
  • 24/08/2016 at 12:28
    Permalink

    Pani Anno! Gdzie Pani zniknęła?! Rozumiem, że pracowity sezon festiwalowy, aksamitna audycja, no ale jak to tak, że nic nowego się nie pojawia od półtora miesiąca? :(

    Reply
    • 24/08/2016 at 12:30
      Permalink

      Wiem, wiem…
      Ale obiecuje, juz wkrotce duzo. Niedługo!

      Reply
  • 03/05/2017 at 20:14
    Permalink

    Modą interesuję się z doskoku, a link tutaj dała koleżanka na Facebooku. Jak na totalną modową ignorantkę, tekst mnie zachwycił. Świetnie napisany, celne uwagi i spostrzeżenia. Nie myślałam, że tak ciekawie będzie mi się czytać o czymś, na czym się nie znam. Ale nie da się ukryć, że trudno się z tym nie zgadzać. Sama często nie rozumiem jak można tak mieszać nie modę, ale reprezentację samej siebie. Bo właśnie ta raz hipiska, raz minimalistka, kim właściwie jest ta osoba? Co faktycznie lubi, jaka jest, jaki jest jej charakter? Ombre, złoto i sandały, zaraz potem ciasno ulizany kok i szpilki. Może jestem powierzchowna, ale widząc czyjeś ubrania i dodatki, widzę charakter (albo jego brak, albo i charakter, który nie przywiązuje do ubrań uwagi).
    No nic, chylę czoła za bardzo wyważony, dobry tekst :)

    Reply
    • 03/05/2017 at 20:16
      Permalink

      Bardzo dziękuje!

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *