Alexander McQueen

W przyszłym tygodniu w polskich kinach już oficjalnie – po serii pokazów przedpremierowych – debiutuje film dokumentalny „McQueen”, dwie godziny poświęcone życiu i twórczości wybitnego projektanta. Nie zdarza mi się używać słowa „wybitny”, gdy mówię czy piszę o moich ulubionych muzykach czy ich płytach. Ale w przypadku kilku projektantów nie mam żadnej wątpliwości co do skali i wyjątkowości talentu. McQueen jest nieodżałowany, niezastąpiony, jedyny taki, wielki. Film niektórym to uświadomi, innym przypomni, reszta pokiwa smutno głową, bo wie to od 2010 roku, gdy moda straciła jednego ze swoich największych mistrzów. I bezpowrotnie pożegnała się z formą ekspresji, jaką dzięki pokazom McQueena przez ponad dekadę odważnie eksplorowała. Chyba właśnie pokazów – obok człowieka, obok życia, to oczywiste – żal mi najbardziej. Jak największe dzieła prowokowały, zmuszały do reakcji, refleksji, odrzucały i przyciągały jednocześnie. Ja w jego kreacjach zawsze widziałam przemoc, coś gdzieś w środku zniszczonego i to zepsucie zawsze czułam jako dokonane w akcie brutalnym, najpewniej na sobie. Ale jednocześnie kontrastowało to z najczystszym pięknem, prawdziwą poezją dla kogoś, kto na modę jest wrażliwy. I ta mieszanka czyniła z McQueena postać wielką, jedyną taką. Ta mieszanka też w końcu go zabiła.

Dla niewtajemniczonych, chociaż mam poczucie, że zaglądają tu osoby mody świadome i nią zainteresowane (jesteśmy ginącym gatunkiem, nawiasem mówiąc). Alexander McQueen był częścią nowej elity mody, która pojawiła się na scenie w latach 90., szturmem podbijając najbardziej skostniały i tradycyjny rynek – paryski. Wytrenowani w najlepszej szkole mody, londyńskiej Central St. Martins, John Galliano i Alexander McQueen, utalentowani ponadprzeciętnie, ekscentrycy, narkomani, straceńcy i szaleńcy, przejęli stery w instytucjach światowej mody, odpowiednio w Diorze i Givenchy. Mieli wszystko – talent, umiejętności, miłość prasy – zawsze żądnej sensacji, status najgorętszych nowych rzeczy. Dostali też pieniądze i najlepsze atelier świata. Ich przepych, odwaga, brak szacunku i bezczelność zaczarowały Paryż. Londyn był zdobyty już dawno, podobnie jak Nowy Jork, bo Anna Wintour – w końcu Brytyjka – kibicowała panom od początku kariery. To był ich czas.

McQueen chciał jednak więcej. Chciał, by jego imienna marka znaczyła więcej niż wszystkie Diory i Chanel świata. Gucci Group, którym kierował wtedy Tom Ford, skusiła go potężną inwestycją we własne nazwisko. Zostawił Givenchy, postawił na McQueena. I dopiął swego, jednocześnie podpisując wyrok na siebie i swoje życie. Czternaście kolekcji rocznie brzmi jak klątwa. A gdy pracy nie towarzyszy ucieczka w nic innego niż przypadkowy seks i narkotyki, życie staje się nieznośne. Ostatnie lata McQueena były dyskretnie rozgrywanym dramatem. Jego samobójstwo było szokiem. Ale gdy później połączyło się fakty, żadnym zaskoczeniem.

W tym wszystkim jest oczywiście tak wiele postaci drugoplanowych. Ukochana mama, na każdym pokazie w pierwszym rzędzie. Ojciec, londyński taksówkarz, który nigdy nie akceptował wyborów syna. Przyjaciele, Kate Moss, Naomi Campbell, współpracownicy i mistrzowie, Nick Knight, cała ekipa Showstudio, muzy i klientki – Bjork, Lady Gaga. Całe londyńskie środowisko pielęgnujące tę wielką brytyjską ekscentryczność. Jest wreszcie Isabella Blow, słynna brytyjska stylistka. Szalona, niekomfortowo dziwna, ale też zakochana w modzie najszczerszym, najczystszym uczuciem. Od razu poznała się na McQueenie, wykupiła całą jego pierwszą pokazową kolekcję. Gdy okazało się, że ją na nią nie stać, co tydzień przywoziła do domu Lee (prawdziwe imię Alexandra, zresztą, to Blow poradziła mu, by to imię zmienił) 350 funtów, za które wywoziła kolejny worek (na śmieci) ubrań. Zawsze razem – projektant i jego muza. Aż McQueen bezpardonowo zostawił ją za sobą, bezrobotna stylistka, tak samo pociągająca, co niemożliwa we współpracy, nie była mu już potrzebna. Echo tej decyzji prześladowało go już do końca życia.

eco_13616_0131

A w życiu tym zdarzyło się wiele, chociaż nie wszystko. Sława, pieniądze. Ale i obrzydzenie do środowiska, które jego – otyłego chłopaka z klasy robotniczej – nigdy do końca nie zaakceptowało. Pokazy, które elektryzowały świat mody – sceny gwałtu, krew, ogień, nagość, obłęd, ale i delikatna muzyka ulubionego Michaela Nymana. Atak dwóch robotów na Shalom Harlow, ale i eteryczny hologram Kate Moss. Jak zawsze u niego, ból i piękno. Siła i słabość. Kolekcje, które widzicie na okładkach płyt, w teledyskach, w każdym „Vogue” świata, wreszcie, które zobaczyły rekordowe tłumy na wspaniałej wystawie „Savage Beauty”. Ale tego już nie doczekał.

Film „McQueen” nie osądza i nie ocenia. Nie stawia nawet tezy, że po śmieci matki, a przeżył ją o kilka dni, stracił ostatnią dobrą rzecz w życiu, jej bezwarunkową miłość. Zarażony HIV, nadużywający narkotyków, w tym kołowrotku kolekcji, pokazów, rytmie, od którego nie ma odpoczynku, bo moda nie ustaje, nie zna przerwy, pozbawiony wsparcia drugiej bezgranicznie go kochającej kobiety, nieżyjącej od kilku lat Isabelli Blow, nie miał nic. Nawet swojej mody, bo zostawił swoją ostatnią, niedokończoną kolekcję, na chwilę przed pokazem. Co finalnie jest straszną refleksją, że nawet w warunkach wielkiej pasji, wybitnego talentu, docenienia i sukcesu, to nigdy nie będzie dość, by po to żyć. Życie jest po coś innego.

09-alexander-mcqueen-kate-moss-w710-h473-2x

Rozmawiałam kilka dni temu z reżyserami filmu, poniżej zapis naszej rozmowy.

Kiedy po raz pierwszy usłyszeliście o Alexandrze McQueenie?

Peter Ettedgui: Pracuję w branży filmowej, poświęciłem jej życie, ale mój ojciec zajmował się modą. Był założycielem marki Joseph. Słynął z odkrywania nowych talentów, miał swoje sklepy. Pod koniec lat osiemdziesiątych na modowej scenie Anglii pojawił się John Galliano. Niedługo później Alexander McQueen. I pamiętam ojca opowiadającego mi o McQueenie. To był czas jego pierwszych pokazów, budziły sensację, trąbiły o tym wszystkie tabloidy. Ojciec znał wtedy McQueena, Isabella Blow zabrała go na jeden z pierwszych pokazów. Od razu poznał się na jego talencie, powiedział mi wtedy – ten cały szum, to bzdura. Ten gość naprawdę potrafi szyć. Co wcale nie jest normą wśród projektantów. No ale w końcu uczył się fachu w słynnym Savile Row. Wtedy po raz pierwszy McQueen mnie zaintrygował. Ten gość wygląda jak punk, chce łamać wszystkie zasady, ale stoi za nim fach i tradycyjne metody pracy. Zresztą, sam McQueen mawiał: Łamię zasady, ale pozostaję wierny tradycji. Cały on. I tak, to dzięki ojcu usłyszałem o nim po raz pierwszy.

Ian Bonhote: Byłem nastolatkiem, dziecięcym aktorem, uczniem, a także częścią środowiska elektro hip hopowego w Genewie.  Mój kolektyw rezydował w Londynie w klubie Blue Note. Raz w miesiącu w soboty przejmowali to miejsce. Wreszcie zaprosili i mnie. Spaliśmy kątem u znajomych, w niedzielę wracaliśmy do domu, ja miałem szkołę, inni mieli pracę. Ale jeszcze w Londynie kupiłem gazetę, albo „i-D” albo „The Face” i było tam zdjęcie McQueena, dobrze je zapamiętałem. W 1997 roku przeprowadziłem się do Londynu, wciąż współpracowałem z Blue Note, studio Lee było niedaleko. Widywałem go na spacerze z psem, w klubie bywali jego współpracownicy. To byli wtedy słynni ludzie, bo fajnych ludzi nie szukało się w tytułach z tradycją jak „Vogue”. Wszystkiego dowiadywałeś się z niezależnych magazynów. I wszyscy ci ludzie byli blisko, Katy England – stylistka McQueena, Isabella Blow, to była śmietanka Hoxton Square. Nie traktowaliśmy ich jak gwiazdy, ale wiedzieliśmy, że to ważne osoby.

Peter: Na potrzeby filmu rozmawialiśmy z Mirą Chai Hyde, stylistką fryzur, przyjaciółką Lee, mieszkali wspólnie w tej części Londynu. Opowiadałem jej o wspomnieniach Iana, na co ona powiedziała – podziękuj mu za wszystkie te bezsenne noce, gdy hałasował w klubie!

Ian: Pamiętam, wpadali tam. Hoxton, Shoredich, to były wtedy zupełnie inne miejsca niż dziś. Była tam dosłownie jedna francuska restauracja, funkcjonuje zresztą do dziś.

W połowie lat 90. zjawisko „Cool Britannii” było siłą, której globalna popkultura nie mogła ignorować. Od świata sztuki, przez muzykę, film, aż po modę, gdy Galliano został ściągnięty do paryskiej instytucji, Givenchy, wydawało się, że Brytyjczycy trzymają klucz do tajemnicy tego, co najlepsze. Po Galliano kolejnym w Givenchy był McQueen, gdy John poszedł do Diora. Ale czy Francuzi zaakceptowali tę brytyjską inwazję?

Peter: Zaakceptowali i nie. Nie zaakceptowali, bo oni oczywiście uważają, że są bastionem europejskiej kultury. Ale z drugiej strony, rozmawialiśmy z tymi, którzy ściągnęli McQueena do Paryża. I tak, oni mieli wtedy pełną świadomość, że najlepsze rzeczy w modzie działy się w Londynie. John Galliano już był w Paryżu, a oni szukali dalej, bo wiedzieli, że jest tam więcej i to więcej odświeży wreszcie ich domy mody haute couture. Bo nie oszukujmy się, były wtedy nieco zakurzone.

Jest zresztą scena w filmie, która pokazuje „stare” Givenchy, z początku lat 90. Jest komicznym kontrastem, archaicznym w stosunku do tego, co pokazywali Galliano i McQueen. Lee mówi w filmie, mówił o tym wielokrotnie, że jego pierwszy pokaz dla Givenchy był porażką. Ów pokaz można zobaczyć w filmie, jest piękny. Czy zgadzacie się z Lee?

Ian: Nic a nic. Mnie się bardzo podoba.

Peter: Ludzie ze świata mody, którzy widzieli nasz film, wrócili do tego pokazu, a nie widzieli go od lat. Byli nim zachwyceni, nie chcieli mówić o żadnym innym pokazie w filmie, tylko o tym, który uznali za wyprzedzający epokę.

Ian: Haute couture bardzo się w ostatnich latach zmieniło, ale wtedy to była inna historia. Dojrzałe klientki, wiekowi projektanci. Wszystko skostniałe. Widać to zresztą w filmie, na archiwalnym pokazie Givenchy, jak ubrane są klientki, jak ubrane są modelki. To taka tradycyjna elegancja. McQueen musiał dostosować się do reguł Givenchy, ale wszyscy podkreślają, że zajęło mu to sezon – dwa. Wszyscy go zaakceptowali i pokochali. Na przygotowanie pierwszego pokazu miał tylko dwa miesiące, to jest szaleństwo.

Peter: I tak, można czepiać się drobiazgów, że coś nie było idealnie wykończone, że coś było niestaranne. To przez ten pośpiech i całą tę nową sytuację. Krytycy oczywiście od razu przyczepili się tych niedociągnięć, co szalenie go zasmuciło. Bo on uwielbiał atelier Givenchy. Wszystkich, którzy tam pracowali, ich umiejętności.

Ian: Dla wszystkich projektantów, którzy pojawiają się w tych słynnych domach mody to jest przeżycie, dotknąć tej paryskiej tradycji. Pracujesz z ludźmi, którzy zajmują się tym od trzydziestu, czterdziestu lat. Nagle masz dostęp do tego talentu. Nagle dysponujesz większym budżetem. Masz lepsze tkaniny, najnowsze technologie. Lee musiał być tym zachwycony, bo tradycję uwielbiał. W tych wielkich domach mody mógł też pieścić swoją drugą obsesję – postęp i rewolucyjne technologie. Ciągle przemycał nowe rzeczy. Kolejnych pokazów Givenchy pokazać w filmie nie mogliśmy, ma do nich prawo firma, zresztą nie zachowały się w dobrej jakości. Ale to były pokazy wspaniałe. Ludzie byli zachwyceni. Potrzebował jednego sezonu, by odwrócić los, by zaczarować Paryż.

cgohki4u8aa_cxm

Sensacją było, że zły chłopiec brytyjskiej mody będzie projektował haute couture w Paryżu. Ale jeszcze większą był fakt, że zostawił w Londynie swoją muzę, przyjaciółkę, dla wielu – matkę jego sukcesu, Isabellę Blow. Miała prawo spodziewać się, że będzie w Paryżu jego prawą ręką. A jednak nie zaproponował jej pracy w Paryżu.

Peter: To delikatna sprawa. Nie chcemy nikogo oceniać. To nie jest tak, że Lee zostawił Isabelę. Chciał wciąż mieć z nią tę samą relację. Nie chciał zaś tego, czego ona pragnęła – nie chciał formalnie z nią pracować. Nie chciał, by miała stanowisko w jego firmie. Zachował się tutaj jak szef – uznał, że zaburzy dynamikę zespołu. Kochał ją, ale miał świadomość, że mogłaby zacząć się rządzić. A on nie chciał tego w Paryżu. Więc tak, to był problem – Lee nie dał jej tego, czego chciała.

Ian: Pracując nad filmem, zrozumieliśmy lepiej i Lee, i Isabellę. Praca projektanta to w dużej mierze siedzenie w studiu. Musisz tę kolekcję wysiedzieć. Isabella z kolei nie siedziała w pracy, miała swoje biurko w redakcji „Times” i nigdy jej tam nie było. To nie jej wina, jej rolą było znalezienie nowych talentów, więc ich szukała. Wygląda więc na to, że McQueen nie miał pomysłu, co właściwie Isabella mogłaby u niego robić. Niektórzy bardzo krytycznie oceniają jego decyzję. Ale ja chyba postąpiłbym tak samo. Być może należało jakoś „spłacić” całą jej dotychczasową pomoc. Ale z drugiej strony, tam chodziło nie tylko o pieniądze. Ale Lee nigdy jej nie zostawił, nie porzucił. Kiedy było z nią bardzo źle, płacił za jej leczenie, zabierał na wakacje. Nigdy się nie rozstali tak na zawsze, tak naprawdę.

Jest taka scena w filmie, pamiętam zresztą dobrze te zdjęcia, gdy Lee wychodzi z pogrzebu Isabelli. Na jego twarzy maluje się nie tylko smutek. Także poczucie winy.

Peter: Tak, czuł się winny. Dlatego to wszystko jest tak delikatne. I bardzo skomplikowane, nikt nie jest tu jednoznacznie dobry czy zły, winny lub nie. Właściwie można zrobić film tylko o ich relacji. Lee potrafił być okrutny, gdy usuwał kogoś ze swojego życia, gdy odpychał kogoś. Był w tym bezwzględny. A był kimś, od kogo ludzie potrafili się uzależnić, więc to odstawienie znosili naprawdę źle.

Ian: Isabella nawet mówi o tym w filmie – była uzależniona od niego, od jego ubrań. To dziś nie jest już żadna tajemnica, jak delikatni są ludzie pracujący kreatywnie, artyści. Ego miesza się z całym wewnętrznym światem niepewności. Liczysz więc na ludzi, którzy cię zrozumieją i będą chronić. A tu nagle odrzucenie. To musi boleć.

Peter: Mamy to w filmie, Lee powiedział do niej – nie, ty mnie nie odkryłaś. Widać na jej twarzy, ten ból, gdy słyszy to zdanie. Wtedy jej współczujesz. To nie jest czarno – biała sytuacja. Ale tak, ona czuła się porzucona przez niego, zostawiona.

Co było początkiem końca McQueena? Samobójstwo Isabelli, czy śmierć ukochanej matki?

Ian: Gdy w grę wchodzi psychika i problemy z nią, myślę, ze wszystko zależy od tego, jak sobie z tym radzimy, gdy jesteśmy już dorośli. Wszyscy mamy problemy, gorsze dni, ale niektórzy radzą sobie z tym lepiej, inni gorzej. U Lee skumulowała się przemoc w dzieciństwie, hulaszczy tryb życia, brak prawdziwego związku, partnera na życie. To było wiele czynników.

Peter: Lee na pewno miał kruchą psychikę. Ale przy tym był twardzielem. I ta skorupa pękła, gdy Isabella popełniła samobójstwo. Czuł się winny. Pracując nad filmem dowiedzieliśmy się, że po jej śmierci kontaktował się z medium, robił to regularnie, by mieć pewność, że z Isabellą jest wszystko w porządku. To samobójstwo nim wstrząsnęło. Stracił kogoś tak bliskiego i jeszcze czuł się za to odpowiedzialny. Mamy nagranie, na rok przed śmiercią Isabelli, rozmowa schodzi na temat samobójstwa, Lee mówi że nie rozumie takiej decyzji, że to objaw słabości. Myślę, że przed jej śmiercią w ogóle o tym nie myślał. Po raz pierwszy przedawkował narkotyki, być może była to próba samobójcza, w rocznicę jej śmierci.

Ian: Statystyki mówią, że samobójstwo jest bardziej prawdopodobne, jeśli popełnił je ktoś wokół ciebie. Dla niektórych, gdy życie staje się nie do zniesienia, jest to już jedyne rozwiązanie. Tylko tak można uciszyć ból. A u Lee ten ból datuje się jeszcze od dzieciństwa. To była prawdziwa kumulacja.

Opowiedzcie na koniec o scenie, o której tylko czytałam, dopadły ją nożyczki montażu. O Lee w toaletach „Vogue”.

Peter: Żałujemy, że nie zmieściło się to w filmie. To wspaniała historia. Po dyplomie w St. Martins, Isabella Blow przemycała go do redakcji „Vogue”. Ale nigdy nie wchodził głównym wejściem, świat tej redakcji to były wtedy za wysokie dla niego progi. Był przemycany na piętro bocznym wejściem i tam pracował z dziewczynami z redakcji, które marzyły o ubraniach od niego, przymiarki odbywały się w toalecie. Wspaniale kroił ubrania, i nawet jeśli miały znamiona awangardy, nawet jeśli było w nich coś punkowego, były wciąż piękne. Redaktorki uwielbiały jego projekty, a on tymi zleceniami zarabiał na życie. Nosił swoje projekty do „Vogue” w czarnych workach na śmieci. Zaprojektował również suknię ślubną dla ówczesnej asystentki Isabelli Blow, Plum Sykes. Oczekiwała McQueenowej awangardy. A on powiedział – o nie nie nie, to twój ślub, ma być romantycznie i pięknie. I zaprojektował jej idealną suknię ślubną.

yc

6 thoughts on “Alexander McQueen

  • 13/07/2018 at 15:39
    Permalink

    Czemu uważasz ze jestesmy ginącym gatunkiem?

    Reply
  • 13/07/2018 at 19:48
    Permalink

    Gratuluję wywiadu. Doskonale się go słuchało w „Aksamicie”. Strasznie żałuję tych pokazów przedpremierowych, ale odległość Warszawy bywa problemem, za to czym prędzej pobiegnę do kina po oficjalnej premierze.

    Reply
  • 13/07/2018 at 20:11
    Permalink

    Nareszcie nowy tekst. I jak się go dobrze czyta. Nie mogłam słuchać, więc cieszę się, że mogłam przeczytać. :)
    Pozdrawiam z sanatorium. :)

    Reply
  • 13/07/2018 at 21:14
    Permalink

    Mam jedną sukienkę Alexandra – robi wrażenie, gdy mam ją na sobie – niezależnie w której części świata jestem. A ja jak ją zakładam to czuję mix abnegacji wszystkiego i dystans też do wszystkiego – ale jest w tym pozytyw – o dziwo…. Oj, chyba ją powinnam wdziać – potrzebne mi te emocje, które opisałam w zadaniu przed, potrzebne….Na film czekam – myślałam, że z racji przywiązania firmy dystrybucyjnej GF do Wrocławia – uda mi się obejrzeć w czasie, gdy Pani zapowiadała premierę w Kinie Muranów – o ile dobrze pamiętam – ale nie było projekcji w moim ukochanym kinie NH Wrocław ( do którego zaprzestałam chodzić w poniedziałkowe wieczory, zamieniając kino na spotkania muzyczn reżyserowane prze Panią ) zatem czekam cierpliwie. PS. VW genialna – niewyobrażalna dla mnie tkanina, z której ona wykonana, niewyobrażalna…

    Reply
  • 19/07/2018 at 19:09
    Permalink

    Alexander McQueen wielokrotnie udowadnial ze moda jest SZTUKA! Jeden z najwiekszych talentow, jesli nie najwiekszy.

    Reply
  • 20/07/2018 at 22:14
    Permalink

    Niewiele jest w Polskiej prasie pojmowania mody jako sztuki. Skupienie na tymczasowości, efemeryczności trendów, bez korzeni, bez genezy, bez świadomości. A to fajna wiedza. Pani tę lukę zapełnia. Modę rozumie i potrafi dokonać syntezy, połączyć fakty, przetworzyć. Doceniam. I chętnie wracam. By się czegoś dowiedzieć i zainspirować :)
    Pozdrawiam

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *