Who’s that lipstick…?

Długo myślałam, o czym powinien być pierwszy wpis po przerwie. Myśl była oczywista i jedna – Anna, zadebiutowałaś wreszcie ze swoją sukienką, pisz o sukience! Ale nie, zanim o Avalon (to oficjalna nazwa tego modelu, hołd dla słynnej płyty Roxy Music, gdyż pierwotnie była planowana na spotkanie z Bryanem Ferrym, długa historia, przyjdzie na nią czas), temat najczęściej poruszany w komentarzach, wiadomościach prywatnych i im podobnych – o szminkach.

Gdyby Wasze sugestie to nie było dość, kosmos postanowił dać mi znać, że to jedyny słuszny temat fantastycznymi nowymi okładkami magazynu Self Service. Jest to jedna z moich ulubionych publikacji, niezmiennie w służbie swojej konsekwentnej estetyki, a nie insta-rzeczywistości. I ta estetyka ma w sobie tyle samo glamour, co czegoś nonszalanckiego. Innymi słowy, bez względu na drogie kreacje, piękne kobiety i cały sztab ludzi pracujący przy ich sesjach, zawsze gdzieś w tym wszystkim pozostaje to nadrzędne I woke up like this. Albo, nie cytując Beyonce, a największą kliszę ostatnich lat, coś bardzo paryskiego. Nawet gdy pozuje Brytyjka, Kate Moss.

Nie pamiętam, kiedy podobała mi się sesja Kate, bo wszystkie w ostatnich latach robione są według ogranego schematu niegrzecznej, rock’n’rollowej dziewczyny, rozczochranej, naburmuszonej, w skórze, jeansach albo małych sukienkach Saint Laurent. A jeśli pomysł jest inny, to nagle okazuje się, że magii już nie ma, jest tylko tona efektów, filtrów i sztuczek, by ukryć, że po czterdziestce naprawdę dopada rachunek za tryb życia (W czym nie ma nic złego! Tzn, w dopadaniu. W retuszowaniu ponad granice rzeczywistości jest coś pozbawionego szacunku do tego, jaki ktoś jest, jak żyje, kim jest). I nagle to. Niby według wszystkich wspomnianych wyżej grzechów i błędów. A zarazem jakoś seksownie, świeżo, tak, jak nie widziałam jej przed obiektywem od dawna. I tak, uważam, że to wszystko to nie Kate, to nie fotograf Ezra Petronio, to czerwona szminka!

Zresztą, bardzo konkretna. Obiekt westchnień, połączenie luksusu, selektywności i najnowszych tendencji, by kupować i działać świadomie. La Bouche Rouge to szminki robione z myślą o środowisku naturalnym, o zdrowiu kobiety, ale i o luksusie. Składniki naturalne, ręczna produkcja, eleganckie etui z prawdziwej skóry, wszystko pakowane i sprzedawane jako produkt z najwyższej półki. Cena również – 160 dolarów. Jest to wyraźny skok cenowy w tym segmencie, bo Chanel – a ich Rouge Allure uchodzi za klasyk i symbol eleganckiej kobiety – to jakieś 40 dolarów. Dyrektorem kreatywnym tej produkcji jest wspomniany już Ezra Petronio, zatem wszystko zostaje w rodzinie Self Service, zresztą odcień, który ma na sobie Kate to firmowy odcień magazynu, który Wasza niewolnica w służbie luksusu właśnie zamówiła.

Nie myślcie o mnie źle – ze wszystkich rzeczy, na szminkę tyle wydać można. Bo szminka to jest przedmiot niezwykły dla kobiety. Ostatnio pomyślałam o tym, że wkład do szminki w języku angielskim to „bullet”, tak ładnie pasuje to do myśli, że jest w tym przedmiocie coś z broni, z amunicji. Bo jest w szmince moc magiczna. Sam rytuał aplikacji, ta chwila dla siebie, skupienia, koncentracji, odcięcia od wszystkiego, nawet jeśli tylko na ten krótki czas. I ta zmiana, gdy kobieta w lustrze jest nagle jakby w ostrzejszym konturze, jaśniejszym kolorze, bardziej wyraźna, ożywiona, gotową na wszystko co przyniesie jej dzień. I poszukiwanie, nigdy nie skończone, tej idealnej. W odcieniu, aplikacji, jakości, przyjemności. To nie obcasy sprawiają, że poruszam się jakby kilka centymetrów wyżej. To czerwona szminka.

Moja Mama używa tylko dwóch kolorowych kosmetyków – czarnej kredki do oczu i właśnie, zawsze, czerwonej szminki. Jak żyję, nie widziałam jej innej, ani ja, ani świat. Klasyczna, satynowa czerwień. Kiedy zobaczyłam ją pierwszy raz to też w czerwonej szmince, bo zdecydowałam się przyjść na świat, gdy była już gotowa wychodzić do pracy. Nie wiem, czy to właśnie przez ten utrwalany latami codzienny wizerunek najważniejszej kobiety w moim życiu, ale czerwona szminka kojarzy mi się z dniem, a nie z nocą. Nie była nigdy elementem „wyjściowym”, nie była czymś szczególnym. Dla mnie też nie jest. Szminka nie kojarzy mi się z uwodzeniem, z randkami, z namiętnością. Jest dla mnie zaprzeczeniem wszystkich tych rzeczy, jeśli mam być szczera. Nie pozwala swobodnie robić wszystkich przyjemności, jeść, pić, całować się. Więc ja nie pozwalam, by mi w tym przeszkodziła. W ogóle, nie lubię malować się na randki, bo nigdy nie wiem, co z tym później zrobić. A ja nie lubię nie wiedzieć, co robi się na randkach.

Więc szminka od rana. Do, powiedzmy, 19.00. Najchętniej do białej jedwabnej koszuli. Albo do bawełnianej bluzki w marynarskie pasy. Do jeansowych szortów albo spersonalizowanych (a jak) 501. Nigdy do szpilek, nigdy do futra – mam duże usta i natychmiast, razem z tą burzą włosów, robi się z tego coś wulgarnego. Niechętnie do wzorów, bo zaczyna się walka na mnie o atencję – a najważniejsza dla oka mam być zawsze ja, nie to co na mnie. Najlepiej do elementów garderoby klasycznej – czarnej welurowej marynarki. Granatowego kaszmirowego swetra. Wspomnianych białych koszul i tshirtów, tank topów. Zdecydowanie wolę ze spodniami niż z sukienkami. Sukienka to jest mój element ‚strojny’. A więcej niż jednego na sobie nie lubię. Bo – znów – w naszych wyborach mamy być najlepszą wersją siebie. Nigdy kimś innym.

1stdibs_-warhol-bianca-jagger-2-lr3

(Bianca Jagger by Andy Warhol, 1979)

Nie robię wielkiej tajemnicy z tego, że żyję intensywnie. I widać to na mnie, oczywiście. To żadna cena, życie jest od tego, by żyć. Ale szminka ma w sobie jedyną taką moc obudzenia twarzy, odwrócenia uwagi od zaspanych oczu. Stąd tak cenię ją w sytuacjach porannych, dziennych, także zawodowo ważnych czy oficjalnych. Nawet jeśli od zaspanej dziewczyny wymaga wprawy. Techniki. Uwagi i czasu. Ale tak cudownie mieć wiedzę, której chłopcy nigdy nie pojmą :)

Zresztą, to temat do ciągłego studiowania. Branża beauty jest sektorem rozwijającym się w zawrotnym tempie. Jeśli gdzieś teraz są pieniądze, to właśnie tam. Fenomen instagramowej fotografii, plastikowej piękności wymusił całkiem nową rzeczywistość formuł, kolorów, produktów. Byłam ogromnie zaskoczona, czym skończyły się ostatnio moje poszukiwania szminki pod konkretne wyjście – większości testowanych przeze mnie na dłoni kolorów nie byłam w stanie niczym zmyć. I wydało mi się to dość okropne. Wiem, wiem, po latach marudzeń, że schodzi, że brudzi, wreszcie są produkty jak tatuaże. Ale jest w takiej formule coś tak nieseksownego. Są tak suche, pudrowe, najczęściej nienaturalnie matowe. Nie mój styl. Dla mnie szminka idealna ma w sobie satynowy połysk, pewną ‚miękkość’ ust stworzonych do całowania. Matowe są dla mnie – użytkowniczki – piękne wizualnie. I kompletnie – przez dyskomfort i sztuczność – odpychające.

Jest jeszcze technika. Każda kobieta ma swoją, oczywiście. Szminki to bardzo indywidualna sprawa, prawda? Zresztą przez wyjątkowy naturalny pigment ust na każdej z nas wygląda inaczej. W sytuacjach dziennych i codziennych uciekam od starannej aplikacji. Tę zostawiam sobie na wyjścia, gdy idę w rzeczywiście pełnym makijażu. Wtedy jest cały cykl zdarzeń prowadzący do efektu idealnego. Czyli: nawilżenie (wersja lux By Terry, wersja budżet Nuxe), kredka na całej powierzchni, by zapewnić nasycenie i trwałość koloru (jeśli zależy Wam na trwałości, nigdy tego kroku nie pomijajcie, czyni cuda dla efektu) – tutaj tylko Charlotte Tilbury; pierwsza warstwa, odbicie (chusteczka między usta, nigdy na), wklepanie nadmiaru, znów, przedłuża trwałość i dopiero na to prawdziwa, staranna warstwa szminki. Najczęściej pędzelkiem. Później – znów, kluczowe – uważna inspekcja w lustrze, czy nałożony czerwony pigment nie podbija za bardzo czerwieni twarzy, a więc rumieńców, niedoskonałości – innymi słowy, ostatni korektor zawsze dopiero po szmince! A, i oczywiście rozświetlenie na łuku amora. Zrobicie raz, nigdy nie będziecie chciały inaczej. Wielkie wyjścia to nie są żarty. Ale uwielbiam to. To jedna z przyjemności bycia kobietą.

W sytuacjach codziennych jestem bardziej nonszalancka. Znów, wszystko zaczyna się od tego, by znać swoją twarz. Moje usta szminkę przyjmują dobrze, mają swój naturalny wyrazisty kontur, nie potrzebują wiele. U mnie sprawdza się metoda „paryska”, wklepanie koloru, idea że usta były chwilę temu namiętnie całowane, wręcz gryzione. Więc nic starannie obrysowanego, wyraźnego. Bardziej, nazwijmy to ładnie, intencja koloru. Mam od tego kilka szminek, w tym jedną naprawdę moją. Oxblood Burberry. Mój odcień, zdumiewająco, nie czerwony. Ciężko powiedzieć, jaki jednoznacznie. Najbardziej – na moich ustach – właśnie gryziony, namiętny. Nałożona starannie robi się wyraźnie ciemna – a ciemne szminki podbijają podkrążone oczy, zawsze, ale roztarta jest po prostu idealna, jakoś… Niespokojna. To słowo pasuje najbardziej. Nie zliczę, ile Oxblood już zużyłam, towarzyszy mi wszędzie, jest jedną z dwóch – obok Touche Eclat – rzeczy, jakie mam zawsze przy sobie, jeśli w ogóle zabieram kosmetyki.

Po wyraźnym faworycie sprawa robi się bardziej skomplikowana. Ale niech przemówią lata moich poszukiwań i doświadczeń. Jeśli miałabym komuś wskazać z czystym sumieniem, powiedziałabym krótko – Armani. Najpiękniejsze czerwienie na rynku. Klasyczne, eleganckie, świetnej jakości. Równie piękną gamę kolorystyczną ma YSL Beauty, ale gorzej z trwałością. Jeśli jednak owa „satynowość” pomadki jest problemem i oczekiwania idą w stronę niezawodności, tylko MAC i ich dwa klasyki – Russian Red i Ruby Woo. Nie wymyślono nic lepszego. Jeśli ktoś lubi piękne przedmioty, Rouge Allure (używam 184), klasyczna czerń i złoto od Chanel, z tym słynnym „klik” zamykanego etui. Jest oczywiście Charlotte Tilbury, tak, jest geniuszem marketingu, ale jej produkty to więcej niż tylko Darlings, it’s fabulous!!! Są rzeczywiście świetne, jej Love Bite jest jedną z moich ulubionych czerwieni. Dla osób, które chciałyby mieć coś bardziej niszowego, być może najwybitniejsza artystka makijażu, Pat McGrath, ma swoją imienną linię kosmetyków i znakomite w niej szminki. Przepraszam, że nie ma tu nic z dostępniejszej cenowo półki, bardzo lubię ładne rzeczy, a segment luksusowy wygrywa z masowym raczej pięknem przedmiotu niż jakością. Zresztą, znalazłam kiedyś czerwoną szminkę idealną. Ja, Alexa Chung i Liv Tyler, ale Topshop postanowił przestać ją produkować. Ale zapamiętajcie sobie na przyszłość, Rio Rio. W opakowaniu brzydkim jak dzień w lutym, piękno idealnej, soczystej czerwieni.

Beauty Is Your Duty, mówili kobietom w czasie wojny. Dziś szeroko rozumiana ‚uroda’ wydaje mi się zagadnieniem fascynującym, zarówno od ekonomicznej strony, kulturowej, popkulturowej, jak i czysto prywatnej. Ile ja miałam wątpliwości, że będę pisać o takich pierdołach jak szminki, ja, naprawdę? A to przecież nie są rzeczy nieważne. Wszystko, co sprawia, że życie – momentami upiorne – staje się jakby bardziej znośne, wszystko to jest ważne, bardzo ważne. I powiem Wam o tym z doświadczenia tu i teraz. Pisząc ten tekst odebrałam naprawdę przykrą dla mnie wiadomość. Chwilę później zamówiłam La Bouche Rouge, chociaż wcale nie planowałam. I już, przez chwilę, było lepiej. „Efekt szminki”, rzeczywiście.

348826

(Tina Chow by Andy Warhol, 1985)

Tekst powstał w odcieniu 401 Red Fire Armani :)

2 thoughts on “Who’s that lipstick…?

  • 16/09/2018 at 19:02
    Permalink

    Zawsze bardzo mi się podobały czerwone szminki. W „Twin Peaks” dziewczyny malowały się tylko takimi kolorami. ;) Niestety ja wyglądam w tym kolorze jak przedszkolak, który dobrał się do maminej kosmetyczki… A może po prostu nadal nie znalazłam swojego odcienia czerwieni? Jest ich przeciez tyle! Pozdrawiam serdecznie. :)

    Reply
  • 17/09/2018 at 05:03
    Permalink

    Pani Aniu! Doprowadza Pani do niesłychanych sytuacji: po zaśnięciu dzieci pół wieczoru oglądam szminki, których nie używam w ogóle i cieszę się, że lato się kończy, bo pewnie będzie więcej tekstów na blogu. Dziękuję za jakość tego wpisu. Miłego dnia.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *